Zagranicznych panie

Posiedzenie Komisji Spraw Zagranicznych, a kilka słów o Białorusi. ... Tak więc Panie Sikorski całkowicie błędnie mnie Pan cytował, sądząc najwyraźniej, że mam coś z PiS wspólnego. Tak Trójkąt Weimarski jest potrzebny w ramach partnerstwa z sojusznikami UE i NATO, a nie jako nagroda dla PO, za uznanie podległości wobec Berlina Translation for 'zagranicznych' in the free Polish-English dictionary and many other English translations. Konferencja prasowa z udziałem sekretarza stanu Michaela R. Pompeo i ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza WYSTĄPIENIA MICHAELA R. POMPEO, SEKRETARZA STANU JACKA CZAPUTOWICZA, MINISTRA SPRAW ZAGRANICZNYCH PAŁAC NA WODZIE WARSZAWA, POLSKA 15 SIERPNIA 2020 MODERATOR: (przez tłumacza) Szanowni Państwo, serdecznie witamy na konferencji prasowej z udziałem ministra spraw ... Thomas Paine (ur Thomas Paine) (09 lutego 1737 [ OS 29 stycznia 1736] - 08 czerwca 1809) był angielskim urodzony amerykański działacz polityczny, filozof, teoretyk polityczny i rewolucyjny.Jest autorem dwóch najbardziej wpływowych pamflety na początku rewolucji amerykańskiej i zainspirowały patriotów w 1776 roku do ogłoszenia niepodległości od Wielkiej Brytanii. Panie Ministrze, jestem przekonana, że nasza współpraca przyczyni się do dalszego wzmacniania polsko-amerykańskich relacji. Wszystkiego najlepszego w nowej roli – napisała na Twitterze ... „Gratuluję Zbigniew Rau powołania na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych. Panie Ministrze, jestem przekonana że nasza współpraca przyczyni się do dalszego wzmacniania polsko-amerykańskich relacji. Wszystkiego najlepszego w nowej roli!” – napisała dyplomatka na Twitterze. Nowy szef MSZ Szukasz miłości w Niemczech, sprawdź oferty Niemców, ogłoszenia panów z Niemiec Sprawdzone zagraniczne biuro matrymonialne i ogłoszenia matrymonialne mężczyzn z Niemiec, Austrii i Szwajcarii znajdziesz na MyDwoje.pl. Rozważasz wyjazd do Niemiec, Austrii lub Szwajcarii z nowym partnerem lub po prostu szukasz partnera z zagranicy? Nasze zagraniczne biuro matrymonialne pomoże Ci ... 'Gratuluję @RauZbigniew powołania na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych @MSZ_RP. Panie Ministrze, jestem przekonana że nasza współpraca przyczyni się do dalszego wzmacniania polsko ... Panie Posłanki, Panowie Posłowie! Pomoc rozwojowa jest inwestycją w stabilność i bezpieczeństwo świata, a przez to i Polski. Zgodnie z Wieloletnim programem pomocy rozwojowej na lata 2016-2020 głównymi odbiorcami polskiej pomocy są: Białoruś, Gruzja, Mołdawia, Ukraina, Etiopia, Kenia, Mjanma, Palestyna, Senegal i Tanzania. Tysiące zagranicznych turystów znalazło się w pułapce w południowym Chile. W wyniku zapowiadanych podwyżek cen gazu i benzyny wiele dróg zostało zablokowanych przez protestujących ...

[POL] [SPOILERS] Moje wrażenia po dwukrotnym obejrzeniu serialu Wiedźmin. Część II - plusy i minusy fabuły.

2019.12.23 21:05 SirkkaAurinko [POL] [SPOILERS] Moje wrażenia po dwukrotnym obejrzeniu serialu Wiedźmin. Część II - plusy i minusy fabuły.

Cytat na początek: dobre opowiadanie ma początek, środek i koniec, choć niekoniecznie w tej kolejności (Jean-Luc Godard) No i to powinno wystarczyć wszystkim krytykom narzekającym na brak chronologii i nielinearność opowieści w serialu. Natomiast nie wystarczy tym krytykującym, którzy twierdzą, że opowieść była słaba i niespójna.
Zaczynajmy więc. Każda opowieść ma "kamienie milowe" w swojej strukturze, ikoniczne zdania lub sceny, które natychmiast się kojarzą z tą postacią/powieścią/filmem, jak np. "I love you - I know" w Gwiezdnych Wojnach.
Książkowo dla głównych bohaterów (w opowiadaniach, bez sagi) wygląda to wg mnie tak: Geralt = błąkanie się po świecie walcząc z potworami, związek miłość/nienawiść z Yennefer, uczta w Cintrze i Ciri jako efekt Prawa niespodzianki, spotkanie z Ciri u driad w Brokilonie. Najbardziej ikoniczna scena - rozdzierająca serce scena powtórnego spotkania z Ciri po rzezi Cintry i pamiętne "Jesteś czymś więcej ..." Yennefer = związek miłość/nienawiść z Geraltem, ikoniczne sceny - w opowieści o smoku, gdy nie chce wybaczyć Geraltowi jego odejścia, Belleteyn oraz walka z dżinem i ostatnie życzenie. Ciri = spotkanie z Geraltem u driad w Brokilonie, masakra w Cintrze, uprowadzenie przez Cahira, powtórne spotkanie z Geraltem w Brokilonie.
I to są tzw absolutne "must be" w opowieści o przeznaczeniu łączącym wiedźmina, Yennefer i Ciri. Reszta to tylko otoczka do głównej osi narracji. Bez nich robi się serial o czymś innym. I tak jak kiedyś pisałem zupełnie nie obraziłbym się by w serialu były zapełnione luki w historii głównych bohaterów, nieistniejące w książkach (bądź też poruszone jednym zdaniem). Zgrabnie łączące luźne bądź co bądź opowiadania. Takie uzupełnienia do głównej osi fabularnej.
I dlatego ogromnym plusem Pani Lauren i jej ekipy jest stworzenie wątku o młodości i ewolucji Yennefer. Całkowicie od nowa napisana historia pochodzenia Yennefer jest absolutnie genialnym posunięciem, jest bardzo dobrze napisana i dobrze poprowadzona. Brakuje może tylko takiego konkretnego podkreślenia, że od czasu jej poznania z Tissaią a bitwą pod Sodden upłynęło kilkadziesiąt lat, więc moc Yennefer i jej umiejętności systematycznie rosły.
Niestety z innymi historiami jest niedobrze a nawet źle. Scenarzyści chcą być lepsi o Sapkowskiego - genialnego opowiadacza. W historii wiedźminskich adaptacji już taki jeden był. Szczerbic się nazywał.
Gdyż przede wszystkim - nie ma spotkania Ciri i Geralta u driad w Brokilonie, nie ma wyjaśnienia przez Eithne istoty przeznaczenia łączącego Ciri i Geralta. A to jest absolutny fundament jej opowieści. Brak tego wątku w serialu całkowicie zaburza dalszy ciąg historii, a i powtórnemu spotkaniu Ciri i Geralta zupełnie brak jakiejkolwiek wiarygodności. W naszym polskim serialu tego akurat nie spieprzyli i pokazali o niebo lepiej niż Netflix. Nie wspomnę też, że jakoś ciężko mi się ogląda driady z dzidami i kuszami, beztrosko ciachające święte drzewa. Mamy zamiast tego opowieści młodocianego elfa, w wątku który nic nie wnosi a kończy się równie bez sensu jak się zaczął. Na dodatek z morderczym dopplerem. Po co?
To jest według mnie największy minus tej produkcji. Brak genezy przeznaczenia Ciri i Geralta, tak świetnie przecież przedstawionej przez Sapkowskiego. Na resztę mogę przymknąć oko ze względu na specyfikę serialu - część wątków musiała być wycięta lub spłycona by zmieścić się w czasie itd itd. Nie przeszkadza mi na przykład wprowadzenie Triss już w odcinku o strzydze. Oprócz aktorki.
Nie mniej szkoda, że na przykład taki szlachetny rycerz Eyck został pokonany przez sraczkę zamiast przez smoka. Zresztą wyglądającego jak pozłacany obskubany kurczak. Albo brak charakterystycznego Jaskrowego kapelusika z piórkiem. Denerwują mnie krasnoludy wyglądające jak niziołki. Albo mega złoczyńca Cahir. Lub też adeptki magii zamienione w węgorze elektryczne jak w Matrixie. Albo biedna hikkara zamordowana przez Eycka. Po co to? Nie lepiej był wydać kasę na dźinna i jego niszczycielską moc
Siłą serialu mają być scenariusz i dialogi a nie ilość efektów specjalnych (nie zawsze najwyższej jakości) czy epatowanie okrucieństwem lub spektakularne odstępstwa od historii znanych od lat.
Nie tędy droga pani Lauren i Panie Tomku ! Jeśli podkreślacie na każdym kroku, zawsze i wszędzie, że serial jest oparty na książkach to na litość boską zachowajcie główną oś fabularną - czyli o przeznaczeniu łączącym Geralta, Ciri i Yennefer w takim kształcie jak to napisał Sapkowski, z ikonicznymi scenami i dialogami.
Czytałem już wiele recenzji serialu, polskich i zagranicznych i większość ich autorów twierdzi, że stworzenie kompletnie nowych wątków jest bardzo dobre i korzystne dla serialu. Natomiast jak tylko scenarzyści zaczynają mieszać w znanych historiach i zmieniać je na siłę momentalnie jakość serialu spada. Coś w tym jest ...
... ciąg dalszy nastąpi (o magii)
submitted by SirkkaAurinko to wiedzmin [link] [comments]


2018.08.06 18:28 Gazetawarszawska Prezydent Andrzej Duda - List otwarty - O prezydenturę bez żydów

Prezydent Andrzej Duda - List otwarty - O prezydenturę bez żydów
PUGNAE 17 JANUARY 2018
+++
Prezydent Andrzej Duda
List otwarty
https://preview.redd.it/uzkh2kr52ie11.jpg?width=780&format=pjpg&auto=webp&s=8bee793eccb3b3afce782f473038d392493c6d60
O prezydenturę bez żydów.
Szanowny Panie Prezydencie.
Jako przedstawiciel środowiska Gazety Warszawskiej – ja niżej podpisany - składam Panu życzenia w Jezusie Chrystusie: owocnej prezydentury w Państwie i narodzie katolickim.
Popieraliśmy Pana a Pan wygrał i w ramach tego przedsięwzięcia – my mali udziałowcy tego sukcesu – mamy prawo do dywidendy tego zwycięstwa. Prawo do napisania tego listu niech będzie tą dywidendą. Dywidendą podwójną, bo podobnie popieraliśmy kandydata na prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Gazeta Warszawska przez pewien znaczny okres kampanii – ale nie od samego początku - popierała Pana, jako kandydata na prezydenta, ale nie dlatego, że byłby Pan dobrym kandydatem, ale dlatego, że - w naszym przekonaniu - w stosunku do Komorowskiego był Pan mniejszym złem.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/115-prezydent-andrzej-duda-list-otwarty-o-prezydenture-bez-zydow
Pana koneksje, tak rodzinne, jak i polityczne, czyniły Pana i czynią w dalszym ciągu osobą absolutnie niemal niewłaściwą do sprawowania Urzędu w Państwie i Narodzie, który tak strasznie ucierpiał z rąk żydowskich. A teraz, w tej agonii, ratunek miałby przyjść z rąk kogoś, kto jest w zawiązku małżeńskim z córką Kornhausera.
Jesteśmy jednak spadkobiercami tak x. Łuskiny, jak i Romana Dmowskiego i na miarę trudu przezwyciężania naszych braków staramy się trzymać kurs tych wielkich mężów, i w nawet najgorszej sytuacji nie pozostawiać naszej Świętej Ojczyzny oraz Jej Narodu. Narodu, który obecnie zdaje się być nie tylko słaby i ośmieszony, ale tak jakby w mniejszości we własnym kraju.
Kiedy byłem studentem, to w latach 70 -tych zachodziłem czasami do Kościoła św. Anny w Warszawie i tam jakiś ksiądz w kazaniu zacytował pewnego węgierskiego teologa. Teolog ten miał powiedzieć, że różnica między dziełem Boga a dziełem organizmów prymitywnych polega na tym, że Pan Bóg wszystko to, co uszkodzone, naprawia, a nigdy się nie cofa i zaczyna coś od nowa. Teolog dał tam przykład pająka, który uszkodzonej pajęczyny nie reperuje, a buduje nową. A to w przeciwieństwie do Pana Boga, który tak nie czyni. Pan Bóg niczego nie zaczyna od nowa, wszystko naprawia, oddziela dobro od zła i z najgorszej sytuacja wydobywa dobro. Słowa te kierujemy nie tyle do Pana, ale do tych, którzy nie głosowali na Pana i pozostali w domach, motywując to tym, że ten kandydat jest zły i ten nie jest dobry. Według miary tego węgierskiego teologa, osoby pasywne są chyba nawet poniżej poziomu prymitywnego pająka, bo nie tylko niczego nie naprawiają, ale nawet niczego w ten niemądry sposób nie zaczynają „od nowa”. I nie czyniąc nic, czekają na to, aż inni wszytko ułożą należycie.
Tak więc należy ratować to, co się da, a ze złego wydobywać dobre, o ile tylko to tam się znajduje albo da się jakoś przekształcić. I takim to motywem popieraliśmy kandydaturę i Pana, i poprzednio kandydata na przezydenta Lecha Kaczyńskiego. Niech więc będzie można napisać kilka zdań o tym okresie, bo za tamten wkład dywidenda też się nam należy.
Popierając kandydaturę Lecha Kaczyńskiego, jako mniejszego zła w stosunku do jego konkurenta, szybko przekonaliśmy się, że zło tamtej prezydentury przeszło wszelkie najgorsze nawet wyobrażenie. A sam prezydent Kaczyński, jako ten, który podpisał Traktat Lizboński, postawił się poza prawem. I mówienie o Trybunale Stanu, przed którym powinien być postawiony, jest obrzydliwie zbędną wytwornością salonowych pajaców. Bo w stosunku do takich osób publicznych narody suwerenne stosują bardzo proste i natychmiastowe środki, i nie ma to znaczenia, że uchodzą one za drastyczne.
Ale nie było to tylko to, gdyż prezydentura Lecha Kaczyńskiego była pasmem horroru dla wszystkich tych, którym dobro i odbudowa Polski leżały na sercu i którzy w Lechu Kaczyńskim wydzieli ratunek przed skutkami zbrodni okrągłostołowych. Już samo wstępne podanie ręki Kwaśniewskiemu było groźną zapowiedzią zła. Bo Kwaśniewski był oszustem i jako fałszerz dokumentów kandydata na prezydenta nie był ważnym prezydentem, gdyż błąd nie czyni prawa! A tak cały zestaw dokumentów podpisanych przez Kwaśniewskiego na przestrzeni dwóch kadencji jest pozbawiony mocy prawnej – co zauważamy a`conto wielu innych spraw tu nie rozwijanych. I jak prezydent Kaczyński źle zaczął, tak samo źle skończył. Legalizacja loży B’nai B’rith, rasistowski klucz doboru kadry współpracowników prezydenckich, współudział (bierny lub aktywny) w rzekomej napaści „polskiego antysemity” na rabina Schudricha - co skutkowało przepraszaniem tegoż żyda przez Prezydenta RP i faktyczne nadanie mu wolnego dostępu do prezydenta o każdej porze dnia i nocy, sataniczne palenie chanuk etc.
Idąc dalej: obecne zgorszenia w kościołach warszawskich to skutki niegodnego pasterza, jakim jest rezydent na biskupstwie Nycz, a który został tam osadzany po skandalicznym zamachu stanu w Metropolii warszawskiej – który to zamach stanu został uzewnętrzniony skandalicznym klaskaniem Kaczyńskiego w Katedrze.
Prezydent Lech Kaczyński był osobą skrajnie nieodpowiedzialną nie tylko tam. Bo zważywszy słowa głowy państwa wymierzone w Rosję – w interesie Gruzji, wobec milionów telewidzów, w trakcie działań wojennych, a brzmiące: „Przyjechaliśmy tu, aby walczyć” – to musimy się łatwo zgodzić z tym, że był to akt wypowiedzenia wojny przez Polskę Rosji. Po co zatem i w czyim interesie prezydent Lech Kaczyński ustawił armię Rosji przeciw Polsce? Jaką siłę polityczną, wojskową czy organizacyjną reprezentował sobą ten gorliwy i mocny w salonowym perorowaniu prezydent, że odważył się wypowiedzieć wojnę Rosji? W przeciwieństwie do Junczyk-Ziomeckiej i Piotra Kownackiego, którzy zdążyli na czas uciec z Pałacu, nie rozumiał tego, co się święci i w kwietniu 2010 roku dał się złapać niedużej grupie szajki żydowskiej w Warszawie. Ona to bez skrupułów i bez honorów, należnych głowie państwa, wyprawiła go z tego świata. A nie byłby to dla nas powód do smutku, gdyby nie to, że przy okazji dokonano totalnej destrukcji czołowych urzędów w Polsce przez zabicie pozostałych osób, często matek małych dzieci, lub młodych Polek, które mogłyby urodzić Polsce nowych Polaków.
Sama ta oficjalnie podawana liczba domniemanych 96 ofiar nie ma nic wspólnego z lotem do Smoleńska, bo tam wtedy żadnego lotu nie było. Liczba 96 zapewne jest wyliczona kabalistycznie z daty: 2010-04-10, tj. 90, tam gdzie 100 -10(dzień) = 90, a 6 tam gdzie 10 – 4 (miesiąc), czyli 90 i 6 daje nam 96. Wszyscy członkowie „delegacji” zostali wyłapani w Polsce i tam zamordowani – może tylko z nielicznymi wyjątkami. Sprawcami tego zamachu byli żydzi i nie gra roli, czy byli to Izraelczycy, obywatele USA lub Rosji, czy dobrzy żydzi z Polski, tak dobrzy jak Kornhauser.
Śmierć Kaczyńskiego żydom do niczego nie była potrzeba, ale śmierć Polski - to już jak najbardziej. Co jest udokumentowane historycznie: od tysiąca niemal lat żydzi planują zajęcie Polski pod swój Izrael - nowy Izrael. (A nawet ostatnio mają jakiegoś „nowego” szekla! Którego kurs jest niemal równy złotemu). Teraz jesteśmy świadkami próby zbierania owoców tamtych wysiłków całych pokoleń „dobrych” żydów.
Cały zamach na prezydenta i delegację nie ma jakiegokolwiek odzwierciedlenia w oficjalnych wersjach raportów o „katastrofie” poza kłamstwami, które jak zwykle są „prawdą”, ale jako jej odbicie w krzywym zwierciadle. To straszne oszustwo, masowa zmowa przeciw Polsce, która tu przybrała formę zamordowania prominentów delegacji, została jednak zdemaskowana. Wszystko to zostało od początku opisane, na bieżąco na stronach http://zamach.eu oraz gazetawarszawska.com ( lub .eu).
Te wybuchy, które Pan Prezydent wymienia, jako skutki katastrofy, zastały splagiatowane przez posła Macierewicza. „Wybuchy” były pierwszą koncepcją zamachu opisaną na http://zamach.eu, ale później odrzuconą, bo zauważano, że wszystkie części wraku w Smoleńsku są podrzucone, nie pochodzą z katastrofy w tamtym momencie, a nawet, co łatwo zauważalne, części tego wraku były - jako fragmenty - mocno „zestarzałe” w śladach uszkodzeń, może nawet i kilkudniowych. Nie mogło być mowy co do tego, że wrak tam zalegający mógł latać kilka godzin wcześniej. Idzie to w parze z tym, że nie ma dowodów na odlot delegacji z Okęcia. Do Okęcia nikt z członków delegacji nie dotarł, a jeżeli już, to może jedynie skutkiem niedopatrzenia ze strony porywaczy. Znamienne jest i to, że rodziny ofiar - w przeważającej większości - nie troszczą się o ekshumacje, nie badają losów swoich bliskich w ich drodze z domu na lotnisko Okęcie. Ponadto cały zamach na delegację (fałszerstwo zapisu lotu i rzekomego rozbicia) jest łudząco podobny do zamachu w Mirosławcu na samolot CASA, gdzie wymordowano wielu czołowych oficerów sztabowych sił lotniczych.
Polski sprzęt i infrastruktura są żydom potrzebne do kilku spraw równocześnie, bo nawet oni niczego nie mogą być pewni. Żydzi muszą mieć możliwości użycia polskich sił lotniczych przeciw Iranowi, a co było już zaplanowane na przełom 2013/2014, gdzie pretekstem do tej akcji miało by wysadzenie w powietrze meczetu Al. Aqsa, jako ubocznego skutku rzekomo irańskiego ataku nuklearnego na Izrael. Ponadto, Izrael musi mieć możliwość kontroli ewentualnego mostu powietrznego pomiędzy Izraelem a Polską, gdzie jest zaplanowane przerzucenie do Polski milionów żydów. To z tego powodu Polacy są wypędzani z Polski, a wielkość pustostanu mieszkaniowego w Polsce jest porównywalna z zapotrzebowaniem na zakwaterowanie dla najazdu żydowskiej szarańczy z Izraela. A gdyby coś poszło nie tak, to są jeszcze nowoczesne stadiony sportowe, aby pomieścić tam jakieś duże masy ludności i to z tego powodu zostały zbudowane, po nieoczekiwanym przyznaniu Polsce ME w piłce nożnej. (Dodać tu należy - co już ktoś zauważył - sportowe boiska przyszkolne, tzw. orliki, które wysoko ogrodzone wyglądają jak nowoczesne mini-obozy koncentracyjne, gdzie wystarczy tylko podłączyć wysokie napięcie do okalających siatek i stalowych ogrodzeń).
Jak wspomniano, nawet żydzi nie mogą być pewni wszystkiego, gdyż ceremonia pogrzebowa na Wawelu zniweczyła ich plany. Bo prawdopodobnie planowano dokonać zbiorowego zamachu na delegacji obcych państw, które zwyczajowo przybywają na pogrzeby nawet zwykłych ministrów. A tu polegli prezydent Polski, generalicja, Anna Walentynowicz i … nikt się nie pojawił. Rzekomo nie przybył, bo powietrze było zapylone i samoloty nie mogły latać, a przecież można był przejechać pociągiem – nikt jednak nie skorzystał z tej możliwości. A jest to, mimo wszystko, symptom zdrowia w chorym ciele Europy – było to symboliczne i namacalne odżegnanie się państw zachodnich od ich współudziału w roli żydowskiego pachołka, jaką Polska gorliwie spełniała, szczególnie pod prezydenturą Lecha Kaczyńskiego. Na pogrzeb nikt nie przybył i można dobitnie powiedzieć: jaka prezydentura, taka śmierć i taki pogrzeb.
Zastawny jednak umarłych umarłym. Popieraliśmy i popieramy Prezydenta Dudę. Choć jako mniejsze zło, to jednak zauważmy: z nadzieją i skwapliwym wyczekiwaniem dobrej prezydentury, bo Prezydent Duda jest osobą godną, wysoce inteligentną, wykształconą, potrafiącą utrzymywać kontakt z ludźmi, a co najważniejsze mającą miłość do narodu, z którego pochodzi. Poparcie społeczne dla Prezydenta jest niekłamane.
Na YT
Gazeta Warszawska zamieściła film pokazujący, jak Prezydent ratuje Hostię. W ciągu paru dni film ten pobił rekordy popularności. Jest tam wiele pochlebnych wpisów, które sprawiają nam radość i dają nadzieję na przyszłość. Strona YT jest wyraźnie międzynarodowa i jako taka, jest szczególnie opanowana przez język hiszpański. Hiszpanie z kulturą Boga i kulturą honoru pięknie piszą o Prezydencie Dudzie, gratulując Polakom takiego prezydenta. Jesteśmy tym wysoce usatysfakcjonowani. Są tam również wpisy przeciwstawne, okropne, pozbawiane elementarnej kultury, i te wyrzucaliśmy początkowo, ale pod koniec zaniechaliśmy tego, bo to po pierwsze jest niemożliwe to, aby je ciągle wyrzucać, po drugie przekaz ma wartość samą w sobie, a w tych ordynarnych wpisać łatwo rozpoznajemy kuzynów Kornhasuera, co daje nam dużo do myślenia.
Życząc Panu Prezydentowi powodzenia w Chrystusie Panu, a i wyrażając głęboką wdzięczność za to, że Andrzej Duda chciał kandydować na urząd Prezydenta i to mu się udało, mamy jednak na sercu pewne zadumanie.
A w zasadzie dwa zadumania: pierwsze dotyczy środków na „odbudowę gospodarki”, a drugie dotyczy nadreprezentacji żydów w Polskim życiu politycznym, szczególnie wśród najwyższych szczebli władzy.
Tak Pan Prezydent, a tym bardziej i Elżbieta Szydło, mają na sercu problem odbudowy polskiego przemysłu. Pani Szydło, jako potencjalny premier, ma już nawet plan finansowania – mają być użyte narzędzia podatkowe zastosowane wobec wielkich koncernów zagranicznych, które szmuglują z Polski wielkie sumy pieniędzy. Można by temu tylko przyklasnąć, problem polega jednak na tym, że narzędzia podatkowe to jedynie cześć arsenału ekonomicznego normalnego państwa. Państwo musi być suwerenne, a więc samoistnie stanowić prawa, mieć własną walutę, sądy i policję, która terroryzuje przestępców, a nie drobnych ciułaczy, tak jak to jest niestety w Polsce.
Ale w tym zadumaniu jest coś, co nas szczególnie niepokoi! Otóż żydzi domagają się 65 miliardów dolarów jako „rekompensaty” za „utracone mienie”. Jest to oczywisty absurd, ale nie w Polsce, gdzie Polacy zostali skutecznie wytresowani do tolerancji żydowskiego łamania prawa polskiego na korzyść żydów i niekorzyść Polaków. Jest zdumiewające na przykład to, że po pierwsze - procedura przedawnienia cywilnego, (prawo podstawowe w cywilizowanych krajach) wahająca się miedzy 10 a 20 lat w zależności od kraju, w Polsce całkowicie nie istnieje i to właśnie umożliwia żydom tę zbójniczą agresję.
Co zdumiewające, nikt o tym w Polsce nie mówi!
Po drugie, to kwestia wartości dodanej do masy spadkowej podczas tego okresu: ew. „zwrot” czyjejś własności może dokonać się tylko pod rygorem wstępnej rekompensaty za dodanie wartości do tych nieruchomości, jak i też rekompensaty ubytków podatkowych na rzecz państwa. W krajach skandynawskich nie m ani jednej nieruchomości, która nie płacąc podatku nie byłaby zlicytowana w ciągu najdalej trzech lat. Państwo, które tak ściąga podatek, nie ma interesu w szukaniu zagubionego właściciela i jeśli jest on nieobecny, to sam sobie szkodzi, bo jak wiadomo: nieobecni nie mają racji.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Czy jeżeli jest tak trudno Polsce zebrać 65 miliardów w banknotach i zawieźć te pieniądze żydom, to czy żydzi, jako bardzo pomocni, nie zrobią czegoś odwrotnego: czy nie nastąpi to, że to oni zamiast brać,… dadzą? To oni dadzą Polsce te 65 miliardów?! Nie ma tu nic dziwnego, a poza tym jest dobra okazja, bo pani Beata Szydło chętnie takie 65 miliardów przyjmie na wałkowaną w wystąpieniach potrzebę odbudowy przemysłu.
Czy nie odbędzie się to tak, że Polska dostanie od żydów 65 miliardów, które to 65 miliardów Polska wcześniej pożyczy od innych żydów, aby je potem właśnie - te 65 miliardów – przekazać innym żydom i ci inni żydzi dadzą Polsce z powrotem te 65 miliardów, które Beta Szydło włoży w odbudowę gospodarki. Oczywiście darowizna darowizną, ale Polska nie jest antysemicka i pod te darowane Polakom 65 miliardów Polska odda żydom nie tylko nieruchomości, ale i liczne prawa, w tym prawo do osadnictwa, prawo do prywatnej policji i wojska, prywatnych sądów oraz - co najważniejsze - do prywatnych więzień. Mamy w Polsce prywatne szkolnictwo i prywatne lecznictwo, to po co brudzić sobie ręce państwowymi więzieniami?
Prywatne więzienia żydowskie dla Polaków będą nie tylko najważniejsze, ale też będzie to nasz powrót do tradycji. Bo wiadome jest, że księżna Judyta, żona Władysława Hermana, zbierała pieniądze na to, aby wykupywać od żydów polskich niewolników, których ci chwytali jak dziką zwierzynę. Judyta kierowana swoistym miłosierdziem bezrozumnie napędzała żydowski walec zbrodni na naszym narodzie, które to obłędne koło właśnie zamyka się na naszych oczach i my albo podniesiemy się i to koło złamiemy, albo ślad po nas zaginie.
Istnieje obawa takiego rozwiązania sprawy odbudowy przemysłu, a równocześnie - za jednym zamachem - rozwiązania sprawy polskiego „długu” wobec żydów i jest bardzo uzasadniona.
To szczególnie w sytuacji, kiedy ponad wszelką wątpliwość są już tajne porozumienia między żydami a polskim „rządem” w sprawie izraelskiego osadnictwa w Polsce, w czym wielokrotnie wygadywał się Szewach Weiss. O polskim podpisaniu żydowskich weksli mówił już 20 lat temu nieżyjący żyd Szymon Szurmiej. Mówią o tym ciągle żydzi mniejsi w tej ich kahałowej hierarchii, i ci mówią dokładnie tak samo: 65 miliardów przyda się, jako inwestycja w gospodarkę. Żydzi zainwestują te pieniądze w Polskę! Tak oni to nazywają!
Drugie zadumanie dotyczy nadreprezentacji żydowskiej w polskim życiu publicznym i urzędowym, dotyczy to szczególnie kadencji Lecha Kaczyńskiego, ale tylko pod względem niepohamowanej już żydofilii, bo faktycznie ten apartheid trwa w Polsce od okresu Okrągłego Stołu, i paradoksalnie w okresie PRL`u nie było z tym najgorzej. Rządy prezydenta Kaczyńskiego należą pod tym względem do najbardziej haniebnego okresu w naszej historii, gdzie w Pałacu brakowo jedynie Brystygierowej.
To z tego to powodu żyjemy już pod narastającą presją otwartego terroru żydowskiego, gdzie organa ścigania nie podejmują się śledztw takich zabójstw jak na Lepperze czy Dariuszu Ratajczaku, a ścigają Polaków nie tylko nawet za wypowiedzi, ale już pewne sugestie tam wyłożone, np. zawarte w wypowiedziach profesora Wolniewicza, grożąc temu myślicielowi zatroskanemu o Ojczyznę procesami i karami. W Polsce już dawno odrzucono prawo do wolności wypowiedzi – w kwestii wszystkiego, co jest sprzeczne z żydowskim interesem. A jest gorzej, w Polsce odbywa się wyższa forma kontroli: kontrola myśli. Jeśli np. pracodawca podejrzewa, że podwładny myśli w sposób sprzeczny z poprawnością polityczną, to go zwyczajnie wyrzuca na bruk. Tak jest w obecnej Polsce, a tego nie było w PRL, a nawet w czasie bolszewii, w latach największego terroru w Rosji. Nawet tam musiał być sąd, nawet jeżeli posiedzenie trwało pól minuty, to był to wyrok sądowy, a nie widzimisię polskojęzycznego politruka, typu szef np. telewizji czy gazety lub jakiegoś pośledniego urzędu.
W tym żydowskim rozpasaniu doszło nawet do tego, że adwokaci w Polsce zajmują się wymuszeniami rozbójniczymi wobec osób i portali, nazywających żydowskie sprawy po imieniu. Przykładem jest osoba niżej podpisanego i Gazeta Warszawska, gdzie niedawno adwokat warszawski zażądał wypłaty 20.000 złotych za starty moralne jakiegoś nieznanego z imienia i nazwiska rzekomego żyda. Ta próba wymuszenia rozbójniczego, wymagająca zapłaty w ciągu 3 dni, nie robi wrażenia ani na adwokaturze warszawskiej, która to nie tylko toleruje, ale i pomaga adwokatowi w zacieraniu niewygodnych dowodów, ani też - co pewne – nie zrobi wrażenia na prokuraturze.
Przypadek ten jest tak skrajny, a to nawet jak na polskie warunki żydowskiego terroru, że wszelkie okoliczności tego przestępstwa będą upublicznione. Gazeta Warszawska rozesłała już kopie dokumentów do podobnych portali i sama opublikuje wkrótce wszelkie dane na temat tego żydowskiego rozbójnictwa.
Żydowskie organizacje takie jak np. „Otwarta rzeczpospolita” łamią prawo i sieją terror przeciwko Polsce i Polakom, gdzie otwarcie i nielegalnie gromadzą dane o osobach niewygodnych politycznie, wystawiając je na żydowską przemoc, jeśli już nie bezpośrednią prawną lub rozbójniczą, to tę przyszłą religijną, która lada chwila przyjdzie z mesjosem i „gojowska krew będzie się lać strumieniami” – bo tak obiecują nawiedzeni rabini.
Taki to znak mesjosa - żydowskie pragnienie polskiej krwi - uwidaczniało się przy naszych powstaniach, jak i kataklizmach politycznych i wojennych. Kornhausery różnej maści witały nie tylko bolszewików, jako armię mesjosa, ale i hitlerowców, jako takich samych posłańców Yaveha, którzy w jego służbie utopią Polaków we krwi, a żydzi im w tym pomogą.
Bez kornhauzerow nie byłoby parcia Krzyżaków na nasze ziemie, nie byłoby Potopu, ani powstań na wschodzie, gdzie wschodnie chłopstwo nie mogło dużej wytrzymać potwornego ucisku żydowskich arendarzy polskich ziemian. Turcja nigdy nie mogłaby handlować milionami polskich niewolników, nie byłoby bolszewii, ani 1 września, czy 17 września lub obecnej rocznicy rzezi Warszawiaków, co kłamliwe nazywa się powstaniem.
A wszystkie te wydarzania miały żydowskie tło religijne. Rzeź aborcyjna na polskich może 25.000.000 nienarodzonych nie ma ani wymiaru kulturowego, ekonomicznego czy moralnego polskiego społeczeństwa, ale ma ściśle ten wymiar religijny, jest to wymiar żydowskiej władzy nad Polską i Polakami, wymiar pragnienia unicestwienia nas jako narodu. A to naprzód poprzez nasz negatywny wizerunek przed Panem Jezusem Chrystusem, jako sprawców tego nieszczęścia. Przedstawianie nas jako takich przed Synem Bożym jest apogeum żydowskiego triumfalizmu, kolejnym żydowskim uderzeniem w Zbawiciela.
Ale postawmy tu kropkę nad „i”: chociaż żydzi bardzo często namacalnie kierują się ze swoją nienawiścią w stronę Syna Bożego, religijność żydowska nie ma charakteru oddawania czci „bogu”, ale ma charakter oddawania czci żydowi. Na „boga” - jakiegokolwiek - jest ślepa, co nie jest z niczym sprzeczne. Bo dla żyda to nie inaczej, jak żydowi to żyd jest bogiem. Albo cały „naród żydowski” – bo to większy „bóg”.
Taka jest prawda o żydowskiej religii bez boga: to żyd jest przedmiotem kultu. Bo jeżeli przeczytamy w ich najświętszych księgach, że: „bóg schodzi na ziemię, otwiera księgi rabinów i uczy się mądrości rabinów”, „bóg ma związane ręce” , „bóg płacze i żałuje wypędzenia żydów”, „bóg mieszka w pokoju na trzy łokcie” „bóg ma pokój, gdzie modli się i klęczy trzy godzinny dziennie”, „bóg został zwyciężony przez synów swoich tj. żydów” etc., etc., to widzi się jasno i wyraźnie, to kto tu jest bogiem rzeczywiście. Bóg jako istota „najwyższa” czy „wszechmogąca”, „mądra” nie może być „bogiem”, bo wszystkie te i niezliczone inne przymioty żyd posiadł lepiej i wyżej niż „bóg”. Czyli to żyd jest bogiem, a nie „bóg” – co niezaprzeczalnie logiczne.
To już dawno zauważono, że księgi żydowskie niewiele zajmują się „bogiem”, ale głównie żydem, jak więc może to być religia skierowana na „boga”, skoro zajmuje się żydem, a jeżeli już jest tam „bóg” to po to, aby zainkasować żydowskie pretensje i wystraszyć się żydowskimi wekslami, które już dawno podpisał i odsetki są mu kamieniem u szyi. Czyli niezaprzeczalnie jest to religia jako kult żyda. Zresztą to, co powiedział półgębkiem Mojżesz Mendelson, jawnie wypowiadali tacy żydzi jak np. Begin – „jesteśmy bogami”. I zachowanie antropologiczne żydów mówi to samo, np., kiedy żydom nie wolno klękać przed nikim, to w Oświęcimiu, tańcząc tańce tryumfu holocaustu, klękają przed sobą, oddając sobie cześć.
Panie Prezydencie! Tyle tu jest o żydach, ale to nie bez kozery. Nie chodzi tu o nauki Dmowskiego, który widział w żydach śmiertelne zagrożenie dla naszego bytu i dlatego uważnie przyglądał się ich zachowaniom, ale o wzrastające przekonanie społeczne lub może jedynie opinie w mediach, że następująca prezydentura będzie prezydenturą żydowską, a nie polską. Narastające szemranie mówiące o tym, że Prezydent Duda jest prezydentem żydów, który przyszedł, aby dobić Polskę poprzez dalsze zażydzenie, jest nie do zniesienia.
My wyrażamy tu przekonanie, że tak być nie musi, a nawet i to, że tak nie będzie. Polska nie zniesie drugiej prezydentury „Lecha Kaczyńskiego”, groteskowo nadskakującego żydom, chodzącego do synagogi, palącego w Pałacu świeczki chanukowe, likwidującego w polskim kościele ostatnich już kapłanów katolickich.
Pan Prezydent to wie i rozumie. Wałęsa Polski nie zdradził, bo nikt rozsądny od niego niczego mądrego nie oczekiwał, Kwaśniewski Polski nie zdradził, bo nikt niczego uczciwego od niego nie oczekiwał, podobnie z Komorowskim. Ale Lech Kaczyński nas zdradził, bo chociaż z oporem, to pokładaliśmy w nim nadzieje. Ta prezydentura, prezydentura Prezydenta Andrzeja Dudy nie może być w niczym podobna do tych, które minęły.
Nasza narodowa uwaga skierowana na urząd prezydenta ma moc poniekąd nadprzyrodzoną. Kiedy niżej podpisany ujrzał w TVP Lecha Kaczyńskiego, klaszczącego wobec kapłana katolickiego Wielgusa, poniżanego przez żydów, to przeklął klaszczącego słowami: „jeszcze będziesz jechał na taczce”. I tak się chyba stało, prosektorium opublikowało zdjęcie jakiegoś poszarpanego trupa na wózku ambulatoryjnym poddając, że to ciało Lecha Kaczyńskiego.
Jak napisano powyżej: Polska musi przełamać to błędne koło. A to bez względu na to, ile głów ma być ściętych! Polska musi się podnieść, Polacy ożyć, opamiętać się.
Kara Boża od nas odejdzie. Pan Jezus Chrystus już nie pamięta naszych licznych grzechów, a zastępy naszych męczenników maszerują przed Tronem Najwyższego, wołając za nami. Za Polską, za oraczem wychodzącym na nasze żyzne pola, aby orać. Tę Ziemię, dającą najlepszy chleb na świecie, a czujny woj stoi z włócznią w ręku i pilnuje obejścia, w którym rosną mali Polacy, syci i spokojni, rosnący na prawych ludzi. A murarz stawia domy, które już nigdy nie będą zburzone przez wrogów, bo stopa wrogów już tam nie stanie, a czujny woj stoi z włócznią w ręku i pilnuje, pilnuje wszystkiego.
+++
W Pana rękach Tarcza i Miecz, nasze szeregi wojska może nie są najlepsze, ale wierne i ofiarne, stojąc na posterunku, a Pan nigdy nie pójdzie śladami poprzedników, bo to nawet niemożliwe. Patrząc na zatroskaną twarz Pana matki w trakcie Święta Bożego Ciała, widać było, że będzie trudno, ale Pan nas nie zdradzi. Wierzymy w to.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
06-VIII-2015
+++
Foto dodane maj 2018
Andrzej Duda, prezydent, list otwarty, Smoleńsk, Kaczyński, katastrofa, Katyń, delegacja, samolot, wrak, tupolew, TU 154m
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.08.03 14:02 SoleWanderer Krystyna Janda Ona się za nas modli, czyli pani Honorata

Mówiłam, że chciałabym napisać książkę o moich gosposiach. Nigdy jej nie napiszę, ale pani Honorata na pewno godna jest książki.
Spotkałyśmy się na dwa dni przed moim pierwszym ślubem, w kościele. Ona - biednie ubrana, wiejska, stara kobieta ze śmiesznie zadartym nosem (perkatym, jak potem zawsze mówiła), ja - studentka III roku PWST, przerażona, że za dwa dni wyprowadzę się od rodziców i będę musiała rozpocząć samodzielne życie.
Zapytałam, dlaczego płacze. Odpowiedziała, że była dwanaście lat u krewnych, wychowała im dzieci, teraz jest już niepotrzebna, a na wieś wrócić nie może, bo oddała gospodarstwo wychowankowi, który jej nie chce. Słowem - nie ma gdzie się podziać.
Bez namysłu zaangażowałam ją jako gosposię i przyprowadziłam mamie do domu. Miała nocować u moich rodziców (pod Warszawą) i dojeżdżać codziennie rano do naszej małej, wynajętej kawalerki. Robić zakupy, gotować, sprzątać i na noc wracać znów do rodziców.
Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni. Wyglądała bardzo biednie, nikt nie rozumiał, co mówi, bo mówiła najczystszą, najpiękniejszą gwarą z Tarnowskiego, a ja, dziwnie spokojna, czułam, że jest to jedna z najsłuszniejszych decyzji w moim życiu.
I tak się zaczęło moje dwunastoletnie życie z Honoratą. Dzięki niej bezpieczne, dzięki niej radosne, dzięki niej spokojne, dzięki niej, dzięki niej...
Dziś wiem, że po moich najbliższych była dla mnie najważniejszym człowiekiem, a spotkanie jej należało niewątpliwie do najszczęśliwszych przypadków w moim życiu.
Byłam zawsze ja, ona i moje dziecko. Mężowie, rodzina, przyjaciele, znajomi byli w jej oczach wrogami. Była ona i ja, ona mnie broniła, uważając, że wszyscy poza nią mnie krzywdzą i chcą wykorzystać.
Mówiłam do niej zawsze: "pani Honorato"; a ona do mnie - "ty", podobnie jak do wszystkich naszych znajomych. O moich mężach mówiła "ón". Wchodziłam do domu i od razu otrzymywałam poufną informację szeptem:... ón śpi, ónego nima, ón ma gościa ... "ón" - wróg, obcy, zagrożenie. W jej chłopskiej mentalności - pan, którego można i trzeba traktować z przymrużeniem oka, a na pewno nie dopuszczać do tajemnic domowych.
Dopóki chodziła po moim domu w rozdeptanych kapciach, śpiewała od piątej rano godzinki na zmianę z wyklinaniem naszego kota, wiedziałam, że nic złego stać się nie może ani mnie, ani mojemu dziecku. Bo ona modli się, czuwa, rządzi. "Kochana Matko! Jedyna Matko!" - to do Matki Boskiej... "A pójdziesz ty w cholerę, gadzie zatracony" - to do kota... I znów: "Najświętsza Matko! Móóóódl się za nami!" - do Matki Boskiej... Towarzyszyła mi pani Honorata przez dwanaście lat, uczestnicząc w życiu, karierze, rozwodzie, wychowaniu mojej córki.
Do tego wszystkiego trzeba dodać, że Honorata nie skończyła żadnej szkoły, czytała, sylabizując, nie bardzo znała się na zegarku, a jednocześnie była jedną z najinteligentniejszych osób, jakie znałam.
Mój zawód i moja kariera
Nie wiedziała dokładnie, co robię. Mówiła: pani nadaje... nadaje w radyju, w telewizyi, w teatrze, nadaje... Na czym to właściwie polega , nie wiedziała ani jej to nie interesowało. Uważała, że kobieta w mieście nie powinna pracować. Kiedy urodziłam dziecko, przeganiała reżyserów spod drzwi (nawet wybitnych, ale ona o tym nie wiedziała), mówiąc: nima jej, nie będzie nadawać, ma dzieciaka... A na wszelkie próby perswazji odpowiadała niezmiennie: weź se, chłopie, inną, co to, mało artystków, co to, ona jedna do nadawania, dajże jej spokój...
Próbowałam to potem odkręcać. Tłumaczyłam jej, żeby przynajmniej ich nie odpędzała, tylko pozwoliła mi z nimi porozmawiać. Nawet nie chciała o tym słyszeć.
Telefon
To ja uczyłam ją z niego korzystać. Mówiła do wszystkich dzwoniących po imieniu, opowiadając ludziom całe moje życie przy okazji.
Pół roku błagałam, żeby nie odkładała słuchawki na widełki, kiedy idzie mnie poprosić do telefonu, bo wtedy rozmówcę rozłącza. Krzyczałam w furii, że słuchawkę odkłada się obok aparatu. Wtedy mówiła: no przecie wiem, cego się wścikas...
Po czym odwracała się z godnością, obrażała i za chwilę robiła to samo.
Po pół roku nauki pewnego dnia zadzwonił telefon, kiedy byłam w wannie, jak zwykle opowiedziała temu komuś, co robię, jak długo i co ona o tym myśli, a w ogóle jak można się tak często kąpać, u nich na wsi Józek od Łapów umarł na dzień przed ślubem, bo się wykąpał i wsiadł na motor z mokrą głową, a ja codziennie z mokrą głową gdzieś lecę, po czym poszła poprosić mnie do telefonu. Kiedy mokra, ociekająca wodą zobaczyłam, że słuchawka leży na widełkach... dostałam szału! I wtedy ona podeszła spokojnie ze słowami:
A do słuchawki:
I z triumfem, a zarazem pogardą mi ją podała. Po prostu tym razem ten ktoś się jakimś cudem nie rozłączył, czekał, zupełnie zresztą nie rozumiem dlaczego - i pół roku nauki poszło na marne.
Ubieranie się
Ona zawsze w czyściutkiej sukience "na co dzień" i chustce w wielkie róże na głowie - i w domu, i poza domem. W niedzielę w brokatowej sukience "kościelnej" i w "gazowce" w róże. Trzecia, czarna suknia, na śmierć, i chustka w srebrne róże - prezent ode mnie z Ameryki - leżała w walizeczce pod łóżkiem.
Z okazji wszystkich uroczystości i rocznic chciała, żebym jej kupowała ciepłe "galoty" i wełniane pończochy, a raz w roku, na wiosnę, wiozłam ją na bazar Różyckiego po dwie pary butów - czarne sandały i brązowe półbuty.
Kiedyś jeździłyśmy autobusem (nie miałam samochodu). Po wejściu do warszawskiego autobusu mówiła głośno "pochwalony", szukała miejsca, po czym, często zganiając jakiegoś młodego mężczyznę, sadzała mnie - zawstydzoną, młodą, dwudziestoparoletnią - siłą, a sama (staruszka) stawała przy mnie, głośno oznajmiając pasażerom:
I uśmiechała się radośnie do wszystkich.
Potem zaczepiała pierwszą kobietę przede mną albo za mną i pytała, czy jest zdrowa, czy ma dzieci, do jakiego kościoła chodzi i co u nich ksiądz mówił w niedzielę na kazaniu. Wysiadając, życzyła całemu autobusowi szczęść Boże, a do mnie krzyczała:
Na początku wstydziłam się tego wszystkiego, później nie zamieniłabym tych podróży na nic innego.
Na bazarze zaczynał się niebywały teatr z targowaniem się, obrażaniem na sprzedawców, udawaniem, że nam nie zależy (bo i mnie kazała w tym uczestniczyć). Początkowo wściekła, chciałam płacić za wszystko i prawie ze łzami w oczach syczałam do niej, że to moje pieniądze i mogę sobie z nimi robić, co chcę. Później zrozumiałam, że to nie chodzi o pieniądze, że ona nie potrafi inaczej i że to jej sprawia przyjemność. A dumy z utargowanycłi dwudziestu złotych nie da się z niczym porównać.
Ja ubierałam się tak, że ona żegnała się za każdym razem na mój widok i mówiła:
Pewnego dnia przyszła ze spaceru z dzieckiem zadowolona i jakby z czymś wewnętrznie pogodzona. Zapytałam, o co chodzi... Odpowiedziała:
Kamień spadł jej z serca. Zawstydzało ją moje przebieganie z łazienki czy poszukiwanie bielizny rano, nago, a mnie nigdy nie przyszło do głowy, że to może być dla niej problem. Kochana pani Honorata. Kiedyś mi powiedziała, że jej nikt nigdy nie widział gołej, nawet mąż, a ja, śmiejąc się, zażartowałam, że może nie było co pokazywać (wulgarna idiotka).
Dziecko
Moją córkę ubierała tak, że wstydziłam się ją odbierać z przedszkola.
Potem machnęłam ręką na niekonwencjonalne zestawy wzorków czy kolorów, a nawet szokujący zestaw "spódniczka i spodenki" jednocześnie, żeby było ciepło... Bo po pierwsze, nie chciałam Honoracie robić przykrości, a po drugie, dziecko rzeczywiście nigdy nie chorowało, nigdy nie było nawet lekko przeziębione. Jakie więc znaczenie miały wymowne spojrzenia innych matek i kiwanie nade mną głowami? Dopóki Marysia nie zorientowała się, że coś jest nie tak, nie interweniowałam.
Swoją drogą, chciałabym móc pokazać państwu choć raz moją córkę ubraną "ciepło i wygodnie" przez Honoratę, tego się nie da, niestety, opisać.
Telewizja
Dla niej okno, w dosłownym znaczeniu, na świat to była telewizja. Oglądała telewizję tylko ze mną, kiedy wracałam wieczorem, często dopiero po spektaklu. Nigdy nie kładła się spać przed moim powrotem. Zawsze czekała, żeby mi towarzyszyć, przynajmniej kilka minut, i gadała, gadała, gadała... Oglądanie telewizji wyglądało mniej więcej tak...
Jest godzina jedenasta wieczór, powiedzmy - ostatnie wiadomości.
Ona:
Ja:
Ona (obrażona):
Za chwilę...
Ona:
Ja:
Ona:
Podają informacje, że przypłynęły do Polski owoce cytrusowe.
Ona:
Ja:
Ona (obrażona):
I tak latami.
Pewnego dnia, zmęczona, w samotności chciałam obejrzeć swoją rolę w Teatrze Telewizji.
Honorata przyszła z okularami na czubku nosa, "Expressem" (którego nigdy nie zapominałam przywieźć) i herbatą dla mnie. Cały czas sylabizowała gazetę na głos, komentując każde odcyfrowane zdanie.
W końcu nie wytrzymałam:
Spojrzała na ekran i nagle mnie poznała. Zamarła. Pierwszy raz zmaterializowało się to, o czym mówiłam tyle razy. Byłam tam i siedziałam jednocześnie koło niej. Powoli spoglądała to na mnie, to na ekran. Słyszałam, jak sapie z wysiłku i jak pracuje jej mózg... I nagle... roześmiała się chytrze, jak ktoś, kto i tak jest górą, i poszła spać. Wolała nie rozumieć. A może to grzech?
Rano była na mnie obrażona.
Zwierzęta
Gady - jak je nazywała.
A rezultat był taki, że odkąd pamiętam, była ona i kot. Kot zawsze przy niej, tłusty, zadowolony z życia, wsuwający pysk do wszystkich garów, jak mówiła, przeganiany ścierką, ale w jakiś dziwny sposób przez Honoratę lubiany.
Kiedy Marysia skończyła cztery lata, uznałam, że dziecko lepiej się chowa z psem. Kupiłam młodego boksera, podrzuciłam go do domu i... zniknęłam "w odmętach sztuki".
Minął rok, starałam się pomagać, wychodziłam czasem z psem na spacer, jeździłam w wolnym czasie z dzieckiem i psem na całe dni do lasu, ale tego wolnego czasu miałam bardzo mało.
Pies tymczasem urósł, stał się silny i niebezpieczny. Honorata nie skarżyła się nigdy, a ja nie zastanawiałam się nad "drobiazgami".
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej, cieszyłam się, że odbiorę Marysię z przedszkola. Przed naszym kioskiem "Ruchu" zobaczyłam długą kolejkę, a moją panią Honoratę na miejscu sprzedawcy, uspokajającą ludzi, że ten pan zaraz wróci, jeszcze tylko minutkę, uśmiechniętą i strasznie "ważną". Po chwili ujrzałam kioskarza, który wracał ze spaceru z moim psem. Zamienili się z Honoratą miejscami, pan zaczął sprzedawać, popijając gorącą kawę, a Honorata, zaprzyjaźniona z całą kolejką, ruszyła z psem do domu.
Okazało się, że prawie siedemdziesięcioletnia staruszka nie mająca siły na spacery z silnym i nie wychowanym psem, który niemal ją przewracał, i tak sobie poradziła. Umowa z kioskarzem: szklanka kawy za spacer z psem - była dla obojga korzystna.
Ta historia pierwszy właściwie raz uświadomiła mi "wielkość" Honoraty, jej wspaniałomyślność i moją "małość", egoizm i wygodnictwo.
Teraz jeszcze widzę ją, huśtającą się spokojnie na bujanym fotelu i wałkującą kota nogą na podłodze (ulubiona pieszczota), kiedy zostawiłam ich oboje samych, nie wiadomo na jak długo, tuż po ogłoszeniu stanu wojennego.
Gdy w rok później, pewnego dnia wieczorem, weszłam z dzieckiem do domu po podróży samochodem na trasie Paryż-Warszawa, bez przerwy, zastałam taki sam obrazek - niezmącony spokój, Honorata w fotelu, wałkująca nogą kota, z różańcem w ręku.
Zapytałam, dlaczego nie ogląda telewizji, dlaczego siedzi po ciemku. Odpowiedziała:
I jak gdyby nigdy nic, jakby nie było tego jej roku samotnego życia w stanie wojennym i naszej nieobecności, poszła nam zrobić herbatę...
Wychowanie dziecka
Honorata nie miała swoich dzieci. Pewnie wiele razy w życiu roniła je gdzieś podczas pracy w polu, ale nie wiedziała o tym. Opowiadała to tak:
Moje dziecko kochała jak własne, a ponadto Marysia była jej jedynym towarzystwem przez wszystkie te lata.
To Honorata wychowała moje dziecko. Inaczej być nie mogło. Początkowo byłam tym przerażona, a potem zrozumiałam, że to moje i Marysi szczęście. Wszystkie zaś podręczniki na temat psychologii dziecka, książki mówiące o wychowaniu i metodach postępowania z dziećmi, w obliczu jej metod nie miały żadnego znaczenia. Radość z tego, że się żyje, szczęście, które dają najprostsze rzeczy, prawdziwe, autentyczne dziękowanie Bogu za każde przebudzenie, za każdy zakończony dzień, każdą radość i smutek, nawet nieszczęście, miłość do ludzi i świata - oto filozofia, dzięki której wszystko nabiera harmonii. Honorata na dobranoc, sylabizując, czytała Marysi kronikę sądową z "Expressu". Opowiadała, jak w jej wsi ludzie umierali, rodzili się, chorowali i pobierali. Historie kolejnych klęsk żywiołowych, pożarów, powodzi, wichur, kołysały Marysię do snu. Opowieści o wschodach i zachodach słońca, wiośnie na wsi, pracy, świętach, postach i odpustach. A wszystko to gwarą, opowiadane pięknie, z miłością i tęsknotą.
Jajko sadzone albo zsiadłe mleko z kartoflami na kolację przez cały rok, wbrew zaleceniom pediatry, kluski, kluseczki, pierożki, omlety, nie wiem już co. Potem odchudzanie Marysi, przy akompaniamencie lamentów Honoraty nad biednym dzieckiem, co to je "stary Żyd" tak głodzi - jak mawiała nieodrodna córa polskiego ludu o lekarzu, który jednocześnie budził jej najwyższy respekt i podziw i tylko jemu pozwalała leczyć swój reumatyzm.
Moje awantury o to, że Marysia ma wszystko robić sama, że ma sobie sama zdejmować buty, żeby staruszka się nie schylała - po czym setki razy widziany obrazek, poprzedzony śpiewnym: "Maryś, Maryś, a zezujze buciki, córuś..." i Honorata na kolanach, zdejmująca buty pięcioletniemu dziecku.... Tak, moje dzikie o to awantury i porozumienie, konszachty ich obu przeciwko mnie! A wszystko przesycone miłością, dobrocią i cierpliwością Honoraty.
Nie ma takich książek na świecie, z których można by się tego nauczyć. Do dziś widzę Honoratę z "kościelnym" kalendarzem w ręku, uczącą Marysię, co kiedy zakwita, w dzień jakiego świętego, i Marysię uczącą Honoratę, jak się obsługuje pralkę, robot kuchenny czy inne urządzenie.
Rozwód
To Honorata o nim zadecydowała. Obserwowała, chodziła cicho, nie wtrącała się, aż pewnej nocy przyszła do mnie i powiedziała:
I tak się stało. Nie wiem, czy bez niej miałabym dość siły, by podjąć tę decyzję.
Nowy mąż
Pewnego dnia wieczorem siadła przy mnie.
Ja:
Ona:
Ja:
Ona:
Rozmowa dotyczyła mojego późniejszego drugiego męża.
Kościół
Honorata budowała wszystkie kościoły. Zmieniła ze mną siedem mieszkań, siedem parafii, każdy kościół budowała. Później, kiedy już prawie nie chodziła, zawoziłam ją samochodem do kolejnego budowanego kościoła i zostawiałam prawie na cały dzień latem, odbierałam po ostatniej mszy, to było całe jej szczęście.
Dziś Honorata jest w pensjonacie dla emerytowanych sióstr zakonnych i księży (co było zawsze jej marzeniem). Kiedy wysyłam Honoracie pieniądze, w miejscu na korespondencję zaznaczam na przekazie: to nie na kościół! To dla Pani! Ale i tak nie wierzę, że zatrzyma tę sumę dla siebie, więc dodaję paczkę z jej ulubionymi przysmakami.
Moi znajomi
Zawsze była u mnie bardzo samotna, dlatego każdy gość, listonosz, inkasent stanowił dla niej atrakcję i nie chciała go wypuścić z domu. Przez lata zaprzyjaźniła się z wieloma moimi znajomymi, a byli i tacy, którzy przyjeżdżali na rozmowę tylko do niej, podczas mojej nieobecności. Inni niebacznie wpadali w jej ręce i musieli zjeść pierożki, wypić herbatę i wysłuchać garści ponadczasowych, niewzruszonych prawd życiowych.
Pewnego wieczoru wróciłam do domu jak zwykle zmęczona, zła, niechętna do rozmów, po jakimś niepowodzeniu.
Ona:
Ja (zła):
Ona:
Ja:
I poszłam sobie.
Przez kilka dni wracałam późno. Ona się nie odzywała, odpowiadała tylko na pytania. Nie zwróciłam na to uwagi. Przyszła niedziela. Budzę się. Dziewiąta rano, Honorata nie poszła do kościoła. O dziesiątej idę do niej do pokoju. Płacze.
Nie odzywa się.
Wreszcie wyznaje:
Tłumaczyłam, błagałam, przepraszałam. Nic nie pomagało. Od poniedziałku zaczęła post, co w jej wieku mogło być na dłuższą metę niebezpieczne. Bardzo ją to osłabiło.
Kolejnej niedzieli skapitulowałam, poszłam do kościoła, do księdza, wszystko mu opowiedziałam (na szczęście, trafiłam na rozsądnego) i poprosiłam o pomoc. Przyszedł po południu, a po godzinie Honorata poszła z nim do kościoła na wieczorną mszę. Po powrocie zjadła kolację.
Sztuka
Zastałam ją kiedyś oglądającą solo na perkusji jakiejś sławy światowego jazzu. Nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Po kilku minutach jego zmagań, a jej śmiechu i niedowierzania:
Żyłyśmy razem dwanaście lat. Dwanaście lat mojej pracy, kariery, premier, histerii, załamań, rozstań, nieobecności, egzaltacji, sukcesów, niepowodzeń, kontraktów zagranicznych, przyjęć, nagród, wywiadów, filmów.
Dwanaście lat jej nienaruszalnych zwyczajów, spokoju i zasad, niezależnie od tego wszystkiego.
Teoretycznie, moje życie i jej nie mogło przebiegać harmonijnie, a jednak udało się.
Dziś wiem, że dopóki Honorata żyje, nawet gdzieś tam daleko, mnie i mojej rodzinie nie stanie się nic złego, bo ona się za nas modli. Dopóki żyje, ja czuję się bezpieczna.
PS. Nie mogłam jej zabierać do teatru, bo kiedy wchodziłam na scenę, głośno się z tego cieszyła i oświadczała całej sali, że "należę do niej". Pytała siedzących obok ludzi, czy im się podobam, a na próby uciszania reagowała oburzeniem.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2018.04.30 21:22 throwaway_londyn Polska w ostatnim odcinku "Homeland" [bez spojlerów]

Homeland to amerykański serial polityczny opowiadający o CIA i ich operacjach zagranicznych. Obecny sezon jest o rosyjskich wpływach na amerykańską demokrację i ich jednej, bardzo szeroko zakrojonej, akcji.
W ostatnim, wczorajszym, odcinku, pani prezydent wygłosiła orędzie do narodu z takim fragmentem:
For over 200 years we have had an angel on our shoulder in this country. Lately, I’ve been wondering where she’s gone. Look around, we’re in trouble. Our democracy is, and it is not Russia’s fault. It is ours. We are the ones killing it. When we think of democracies dying, we think of revolution, of military coups d’état, of armed men in the streets, but that’s less and less how it happens anymore. Turkey, Poland, Hungary, Nicaragua, the Philippines. The democracies now die when we’re not looking, when we’re not paying attention…the end arrives slowly, like twilight. And at first, our eyes don’t notice.
Kolejny sukces rządu! Polska jest sławna!
submitted by throwaway_londyn to Polska [link] [comments]


2018.02.13 19:52 ishi_hauser Zdecydowanie więcej niż chciałbyś wiedzieć o Polskiej Fundacji Narodowej - Timeline

O jeny, ile czytania!

Poniższy tekst to krótki zbiór artykułów prasowych na temat Polskiej Fundacji Narodowej który popełniłem siedząc dzisiaj na toalecie. W założeniu ma przybliżyć czytelnikowi (niepełną) historię tejże (fundacji, nie toalety!). Za urazy mózgu nie odpowiadam.
Polecam przeczytać całe, bo przeszłość mają bardzo ciekawą.
submitted by ishi_hauser to Polska [link] [comments]


2017.03.15 12:32 ben13022 Czy polski pisarz może podbić świat? Tylko jeśli jest bardzo dobry. Zwykła książkowa komercja nie ma szans.

Milena Rachid Chehab: Polska będzie gościem honorowym na Targach Książki w Londynie. Jaka jest ich rola?
Antonia Lloyd-Jones: To, obok frankfurckich, najważniejsza impreza dla branży. W przeciwieństwie do tych w Warszawie czy Krakowie, głównie dla czytelników, tu spotykają się wydawcy i agenci, którzy handlują prawami do książek i przekładów. Ale bilet może kupić każdy. Równolegle odbywa się London Book and Screen Week – a literatura kraju, który jest gościem honorowym, ma wtedy pierwszeństwo w spotkaniach autorskich w mieście, nie tylko w wielkiej hali Olympii.
Trzy dni trwają same targi, ale program gościa honorowego trwa rok – do listopada British Council wspólnie z Instytutem Polskim w Londynie oraz Instytutem Książki przygotowuje cały cykl wydarzeń.
Będą staże dla pisarzy z Polski, a w Polsce dla brytyjskich. W październiku na Festiwalu Conrada w Krakowie gościło sześć osób – wydawcy, księgarze i organizatorzy festiwali literackich z Wysp. Wspólnie z IK stworzyliśmy dla nich program wprowadzający we współczesną literaturę polską.
Wielu wydawców chce mieć w ciągu tego roku tłumaczenie polskiej książki – od razu zgłosiło się do mnie kilku.
Wydawanie książek to biznes, a nie działalność charytatywna, więc trzeba zrozumieć, jak to wszystko działa.
W Wielkiej Brytanii wydaje się sześć razy więcej książek niż w Polsce, w USA – 10 razy więcej. Ale z tego zaledwie 3-5 proc. to są tłumaczenia, głównie z francuskiego, niemieckiego, włoskiego i hiszpańskiego. Z byłych krajów zza żelaznej kurtyny (oprócz Rosji) Polska jest na pierwszym miejscu i zainteresowanie jej literaturą rośnie, ale to cały czas nie są duże liczby, w dobrym roku jakieś 10 pozycji. Sytuacja się polepsza, w dużej mierze dzięki pracy Instytutu Książki w ciągu ostatnich 15 lat.
Książka musi być atrakcyjna dla konkretnego wydawcy na tyle, by w nią zainwestować jeszcze przed jej przeczytaniem. Bo tłumaczenie kosztuje – stawka standardowa w Anglii to 90 funtów za tysiąc słów, w Stanach – gdzie też tłumaczę – jest podobnie.
Nie ma sensu przesyłać książki z dołączonym listem typu: „Całe życie na to czekaliście”. Bo zapewniam, że nie czekali.
Wydawca to człowiek, który na biurku ma takie stosy książek, że nawet gdyby miał trzy życia, nie starczyłoby mu czasu. Dlatego najlepiej przygotować odpowiednie dossier. Wybitny tłumacz z rosyjskiego Michael Glenny, który pomagał mi zainteresować wydawców pierwszą książką, którą tłumaczyłam, czyli „Weiserem Dawidkiem” Pawła Huelle, nauczył mnie, jak napisać raport wydawniczy: streszczenie, ocena, informacje o autorze i fragmenty przekładu. W przygotowaniu próbek tłumaczeń polskiej literatury pomaga skierowany do tłumaczy program Sample Translations, zainicjowany kilka lat temu przez IK – dofinansowuje on tłumaczenie do 20 stron.
W przypadku polskiej kluczowa. Zwykle zajmuje się tym agent, ale akurat w Polsce brakuje agencji literackich. Kilka wydawnictw (m.in. GW Foksal, Znak i Czarne – to ostatnie we współpracy z agencją Polish Rights) ma dział praw, w którym pracują specjaliści. To oni przedstawiają ofertę na targach, przygotowują katalogi dla obcych wydawców. IK również dwa razy do roku, z okazji targów frankfurckich oraz londyńskich, przygotowuje katalog „Nowe książki z Polski”. Prowadzi też kompetentną stronę internetową z recenzjami i fragmentami książek po angielsku.
Ale we własnym kraju tłumacz staje się ważnym orędownikiem książki u wydawców miejscowych.
Gdy znajdę książkę, w której się zakochuję, muszę mieć przekonanie, że ma ona potencjalny rynek. Trzeba badać, kto co wydaje, poznawać preferencje wydawców. Np. Jill Schoolman z Archipelago Books z Nowego Jorku, która wydaje wspaniałą literaturę współczesną z całego świata, a z polskiej m.in. Wiesława Myśliwskiego i Magdalenę Tulli, szczególną uwagę zwraca na poetyckość stylu. Zdaje się przy tym na gust tłumacza Billa Johnstona, bo wie, że znajdzie takie książki, które ją zachwycą.
Czasami dobijanie się do anglojęzycznego wydawcy trwa kilka lat, trzeba próbować po kilkanaście razy. Tak było z „Gottlandem” Mariusza Szczygła. Ta książka ukazała się w kilkunastu językach, ale z angielskim był problem. Wydawcy odpowiadali: dlaczego mamy czytać to, co Polak mówi o Czechach? Jeśli już głos kogoś z zewnątrz, dlaczego nie autora od nas? Dopiero dzięki staraniom Billa Martina, tłumacza, który wtedy pracował w Instytucie Kultury Polskiej w Nowym Jorku, książka trafiła w końcu na redaktorkę, która się na niej poznała. Gdy „Gottland” już wyszedł, miał entuzjastyczne recenzje, m.in. w „New York Timesie”, i został wybrany przez Juliana Barnesa jako jego książka roku w brytyjskim dzienniku „The Guardian”.
Czasem zgłaszają się do mnie polscy autorzy popularnych komercyjnych książek – trudno mi wytłumaczyć im, że nie mają szansy na brytyjskim rynku. A nie mają, bo wydawca od razu pyta, po co płacić za tłumaczenie, skoro u siebie ma w bród takich książek.
Dlaczego sama tak lubię czytać angielskie przekłady obcych autorów? Bo właściwie zawsze są bardzo wysokiej jakości – zdały bardzo trudny egzamin, o którym mówimy: ktoś je wybrał spośród tysięcy innych, ktoś – tłumacz, agent – w nią uwierzył na tyle, że zadał sobie trud promowania ich, a ktoś inny postanowił w nią zainwestować, zamówić przekład i wydać.
Brytyjczycy i Amerykanie, choć statystycznie najczęściej sięgają po literaturę łatwą, często jakoś związaną z tym, co widzieli w telewizji czy w kinie, czytają dużo naprawdę różnych rzeczy. Po obu stronach oceanu wciąż popularny jest Ryszard Kapuściński, dobrze się sprzedają książki Jacka Hugo-Badera, Wojciecha Jagielskiego, Anny Bikont, Magdaleny Tulli, Wiesława Myśliwskiego i Olgi Tokarczuk (w tym roku ukaże się przekład „Biegunów”).
Absolutnie najpopularniejsze teraz są „Mapy” Aleksandry i Daniela Mizielińskich, można tu je znaleźć w dziale dziecięcym w każdej księgarni, zaraz szykuje się nowe wydanie z dodatkowymi mapami – to największy sukces Polski za granicą. Popularny jest Zygmunt Miłoszewski, który miał dobrą promocję – m.in. dzięki obecności Polski jako gościa honorowego w 2016 r. na Book Expo America. Miał świetne spotkanie w Chicago, wraz z trzema pisarkami amerykańskimi. Ale zaczęło się od wydawnictwa brytyjskiego, które publikuje tylko kryminały zagranicznych autorów i miało pomysł, żeby czytelnik, który na lotnisku kupuje przewodnik po kraju, do którego jedzie, miał też do rozważenia kryminał, który się tam rozgrywa – tak, by mógł podróżować po mieście śladami miejsc z książki.
Dali mi stos zgromadzonych podczas targów książek, z których według mnie „Uwikłanie” było sto razy lepsze niż reszta. Ale wszystko trwało dość długo, bo wydawca czekał na przekład niemiecki, chciał przeczytać to w całości. A wtedy już chcieli od razu drugą część przygód Szackiego. Po premierze filmu „Ziarno prawdy” Miłoszewski szybko znalazł agenta w Stanach, a ten sprzedał „Gniew”.
„Pan Tadeusz” w tłumaczeniu Billa Johnstona, „Miedzianka. Historia znikania” Filipa Springera i „Farby wodne” Lidii Ostałowskiej, obie w tłumaczeniu Seana Bye, „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej (u nas znanej jako Wioletta Greg) w tłumaczeniu Elizy Marciniak, „Tańczące niedźwiedzie” Witolda Szabłowskiego, „Dom z witrażem” Żanny Słoniowskiej oraz zbiór wierszy Tadeusza Dąbrowskiego w moim przekładzie, „Niedokończone życie Phoebe Hicks” Agnieszki Taborskiej w tłumaczeniu Ursuly Phillips, „Klementyna lubi kolor czerwony” Katarzyny Boglar w tłumaczeniu Zosi Krasodomskiej-Jones. Wiem, że jest tego więcej, ale nie znam dat premier.
Ja pracuję nad tłumaczeniem „Lali” Jacka Dehnela. Poleciła mi ją Beata Stasińska, wtedy szefowa W.A.B. W ramach Sample Translations IK dofinansował przekład fragmentu w 2007 r., w międzyczasie znalazłam wydawcę dla „Saturna”, ale „Lala” dalej była bezdomna. Dopiero na targach londyńskich przed rokiem, ze względu na status Polski jako gościa honorowego w 2017 r., wydawnictwo Oneworld Publications szukało dobrej polskiej książki. Ewa Wojciechowska z IK poleciła „Lalę”, a ja to poparłam. Przeczytali książkę w tłumaczeniu niemieckim Renate Schmidgall. A w czerwcu szefowa wydawnictwa została zaproszona do Polski na seminarium dla wydawców i IK. Poznała Dehnela osobiście, polubili się. Wydawcy lubią, gdy pisarz mówi po angielsku, łatwiej wtedy zorganizować promocję.
To o tyle duży sukces, że książki z Oneworld Publications ostatnio dwa razy z rzędu wygrały Man Booker Prize, najbardziej prestiżową w świecie anglojęzycznym.
Najpierw ktoś musi dowieść, że te książki mają potencjalnych czytelników i że jest na nie rynek. Jeśli ktoś w nie wierzy, powinien przetłumaczyć po kilkadziesiąt stron i zacząć pukać do drzwi kolejnych wydawców. Drogi na skróty tu nie ma.
Siła programu Copyright Poland, który od lat prowadzi IK, i który dofinansowuje tłumaczenia na języki obce, polega na tym, że o wsparcie aplikują tu sami zagraniczni wydawcy, którzy już kupili prawa do polskiej książki. Nikt nie mówił im, czym mają się zainteresować.
Moim zdaniem nowa reguła, wedle której w tym programie mogą brać udział polscy wydawcy, jest błędem, skoro nie znają specyfiki obcej dystrybucji czy promocji. Polski podatnik może na tym stracić.
Brytyjczycy lubią biografie, ale ludzi, których znają.
Czy Polacy rzuciliby się na biografie o naszych bohaterach albo politykach, takich jak Robert Falcon Scott, marszałek Montgomery czy Roy Jenkins? Myślę, że miałaby szansę tu zaistnieć, powiedzmy, gen. Augusta „Nila” Fieldorfa, może Ryszarda Kuklińskiego albo Jerzego Popiełuszki, bo ich historie są nie tylko ciekawe, ale naprawdę sensacyjne. Ale Brytyjczycy chyba i tak woleliby je poznać w kinie.
Z drugiej strony jest już przełożone np. „Tajne państwo” Jana Karskiego, sama przetłumaczyłam „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego, przy czym autor na tyle miał świadomość zagranicznego rynku, że na potrzeby tłumaczeń okroił książkę o jedną piątą, wyrzucając z niej wątki ciekawe tylko dla polskiego czytelnika. Przełożyłam też „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier. To ważna i świetnie napisana książka, która dobrze wyjaśnia stosunki między inteligencją polską i żydowską od czasów przed pierwszą wojną światową do końca drugiej. Ostatnio wydawnictwo New York Review Books wydało na nowo „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego w tłumaczeniu Madeline Levine, ja w tej samej serii przełożyłam dla nich „Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego.
Ale choć pewien sukces odniosła książka Witolda Szabłowskiego o Turcji, to myślę, że będzie mi trudno przekonać anglojęzycznych wydawców do jego „Sprawiedliwych zdrajców”. Poza Polską mało kto słyszał cokolwiek o Wołyniu.
W ogóle trudniej jest sprzedawać książki o tragediach. Często widzę ten mechanizm: ludzie czytają rzecz np. o Zagładzie, przyznają, że robi na nich wrażenie, ale przy następnej mówią: „Już znam ten problem, nie chcę już o tym czytać”. To prawda, że dieta czytelnicza musi być urozmaicona.
Zgadzam się. Ale to jest ten przypadek, gdy słyszę: „Mamy już coś na ten temat”. Akurat podobną książkę napisała Szwedka Elisabeth Åsbrink („1947: When Now Begins”) i już ktoś to kupił...
W USA wyszła książka Wojciecha Jagielskiego o Ugandzie „Nocni wędrowcy”. Zaproponowałam ją angielskiemu redaktorowi, o którym wiem, że lubi takie literackie reportaże, ale odparł, że właśnie rok temu wydali książkę o Ugandzie. Jej autor, Matthew Green, zresztą napisał recenzję z Jagielskiego. „To jest najlepsza książka o Ugandzie” – przyznał, choć mówił o konkurencji.
Instytut Książki powinien działać tak jak do tej pory. Dobrze byłoby bardziej inwestować w utalentowanych tłumaczy. Trzeba ich sobie wychować – i to nie tylko dobrych warsztatowo, ale też rozumiejących praktyczną stronę tego biznesu.
Nigdy nie będzie wielu tłumaczy literatury pięknej z polskiego, bo to zajęcie tylko dla urodzonych lingwistów, więc nie ma sensu stawiać na masowość, np. przez naukę polskiego w szkołach brytyjskich. Za to na uniwersytetach – tak, na tym poziomie warto inwestować.
Takich ludzi jak Stanley Bill, który w Cambridge właśnie rozkręca studia polskie, a przy okazji tłumaczy jeszcze Jacka Dukaja i w ogóle jest wielkim orędownikiem Polski, warto wspierać. Bo on nie tylko uczy studentów polskiego. Co roku organizuje dla nich konkurs tłumaczeniowy – należę do jury i jestem pod wrażeniem. Jeśli polskim władzom zależy na przyszłości waszej literatury za granicą, powinny inwestować w szkolenie studentów tam i na innych uniwersytetach zajmujących się studiami polskimi.
Świetne wyniki ma też program dla tłumaczy organizowany przez Writers’ Centre Norwich. W jego ramach IP w Londynie corocznie dofinansowuje opiekę merytoryczną dla zdolnego tłumacza. Młodych tłumaczy wspierałam od lat, ale dzięki takiemu oficjalnemu programowi mam możliwość robienia tego bardziej systemowo: sugeruję, jak wybrnąć z kłopotów translatorskich i mocno im pomagam w sprawach praktycznych: dzielę się kontaktami, uczę przygotować atrakcyjne materiały dla wydawców itd.
Podobny program dla tłumaczy z polskiego istnieje w Stanach, prowadzi go American Literary Translators Association, a dofinansowuje Instytut Kultury Polskiej w Nowym Jorku. Już zaczęła się druga edycja, mentorem tego programu jest Bill Johnston.
Jestem prawie totalnym samoukiem, czasem żartuję, że wpadłam do stawu, a jak mnie wyłowili, ni stąd, ni zowąd mówiłam w tym dziwnym języku.
Na początku lat 80. studiowałam rusycystykę w Oksfordzie, nie było tam osobnego kierunku polonistycznego. Jako studentka pod koniec stanu wojennego przyjechałam także do Polski. Odwiedzałam wtedy we Wrocławiu znajomych, których dwa lata wcześniej poznałam w Berlinie, gdzie pojechali pracować. Ich ojciec pochodził z Kresów, w czasie wojny działał w AK i oni dużo tłumaczyli mi, co się właśnie dzieje w Polsce, co to wszystko znaczy, dlaczego sami trafili na krótko do więzienia za to, że walczyli z milicjantami na ulicy. Ja wtedy nie umiałam po polsku ani słowa, w Polsce było ponuro, ale czułam się szczęściarą, bo właśnie mnie olśniło, że to jest to, czego szukam. Chwilę wcześniej skończyłam studia i wtedy poczułam, że choć oni wszyscy z tej Polski najchętniej by się wynieśli, ja mam tu jakąś misję, że brak wolności słowa jest czymś tak strasznym, że ja też powinnam się jakoś włączyć do walki z komuną, tym bardziej, że mieszkając na Zachodzie, byłam jakoś tam uprzywilejowana.
Po powrocie do Anglii próbowałam zostać na uniwersytecie, żeby zająć się polskim i mnie przyjęto, ale nie dostałam stypendium, więc musiałam znaleźć pracę. Wzięłam kilka lekcji polskiego, ale dalej uczyłam się już sama. Kupiłam wszystkie książki przetłumaczone z polskiego na angielski, jakie tylko mogłam znaleźć i porównywałam z polskim tekstem. Pierwszą książką, jaką przeczytałam po polsku, był „Popiół i diament” Andrzejewskiego. Oczywiście niezbyt dużo rozumiałam z tej swoistej powojennej wojny domowej i tego, kim naprawdę byli komuniści. A po wszystkim nie byłam pewna, czy w Polsce można mówić do kogoś per „wy”, więc podczas następnego pobytu w Polsce mówiłam trochę dziwacznie i, jak się okazało, niepoprawnie politycznie.
W latach 80. dostałam w Londynie pracę u Leopolda Łabędzia, polskiego politologa, który w czasie wojny walczył w armii Andersa, a po wojnie angażował się we wspieranie pisarzy zza żelaznej kurtyny. Był też redaktorem politologicznego pisma „Survey” poświęconego krajom komunistycznym. Pracowałam tam jako asystentka, ale potem dostałam do przetłumaczenia kilka tekstów. Tam poznałam też Jana Chodakowskiego, który w wydawnictwie Puls wydawał polskie książki przemycane z Warszawy. Z nim pojechałam w 1988 r. na festiwal kultury polskiej w Glasgow. Pracowałam już wtedy jako redaktor pisma „Brytania” wydawanego przez rząd, by popularyzować kulturę brytyjską w Polsce. Donald Pirie z uniwersytetu w Glasgow zaprosił wtedy kilku Polaków, m.in. Antoniego Liberę, Bronisława Maja i Pawła Huelle. Z Chodakowskim mieliśmy wtedy pomysł, by wydawać wartościową literaturę z Europy Wschodniej, chcieliśmy zacząć od „Weisera Dawidka”.
Michael Glenny, słynny tłumacz literatury rosyjskiej, pomógł mi przygotować tłumaczenia fragmentów. Bloomsbury Publishing, dziś znane przede wszystkim z odkrycia J.K. Rowling, zaproponowało mi wtedy przetłumaczenie całości, ale się bałam. „Spróbuj, cholera, zacznij być bardziej pewna siebie” – zachęcali koledzy. No i w końcu to zrobiłam.
W przeciwieństwie do większości tłumaczy, którzy zwykle mają etaty na uczelniach, ja jestem wolnym strzelcem. Ponieważ w latach 90. pracowałam w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju, udało mi się kupić mieszkanie i dziś mogę spokojnie pracować jako tłumaczka, zarabiając ćwierć tego, co wtedy. I od prawie 16 lat mogę folgować swojej fascynacji polską literaturą.
źródło: http://wyborcza.pl/7,75517,21476812,czy-polski-pisarz-moze-podbic-swiat-tylko-jesli-jest-bardzo.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.07.16 10:21 SoleWanderer Studio YaYo: Jesteśmy coraz gorsi, czyli coraz lepsi. Jeśli ludzie mają nas za idiotów, to po co wyprowadzać ich z błędu?

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20404619,studio-yayo-jestesmy-coraz-gorsi-czyli-coraz-lepsi-jesli.html#TRwknd
Mateusz Witkowski
"Pękły mi oczy", "oto kabaret dobrej zmiany" - to niektóre z komentarzy dotyczących Studia YaYo. Wystarczył jeden odcinek kabaretu, żeby internet zawrzał. O tym, czy rzeczywiście mamy do czynienia z najgorszą produkcją satyryczną w historii rozmawiamy z prowadzącymi - Pawłem Dłużewskim i Ryszardem Makowskim. To może zacznę od żartu. Gdy dowiedziałem się, że będziemy rozmawiać w restauracji Borówka, poczułem zaniepokojenie.
Ryszard Makowski, Paweł Dłużewski: Dlaczego?
Bo bałem się, że na dziennikarza z Gazeta.pl będą czekać BOR-owcy. Borówka, BOR-owcy... Fatalne, prawda?
R.M.: Nie, dlaczego? Całkiem dobry żart.
P.D.: Akurat satyra polityczna w Polsce niedomaga, więc na tym tle to jest całkiem dobre!
Dziękuję za łaskawość i zrozumienie. A czy panowie, jako twórcy Studia YaYo, czują się niezrozumiani?
R.M.: Nie, dlaczego? Wręcz przeciwnie! Wczoraj rozmawiałem z Łukaszem Warzechą, który stwierdził, że to naprawdę nie lada sztuka sprawić, że program już po pierwszym odcinku staje się kultowy.
P.D.: Zaskakujące jest raczej to, że dostajemy od niektórych widzów wyrazy współczucia. Nie ma takiej potrzeby. Robimy to, co robimy, a ludzie reagują na to w rozmaity sposób. To jest świetne.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo R.M.: Pamiętajmy, że nasz polski internet należy do najbardziej agresywnych na świecie. Jeżeli już mamy kogoś pochwalić, to raczej zabieramy się do tego niechętnie. Ale pojechać? Proszę bardzo. Przy okazji: mój znajomy pracujący w Google poinformował mnie, że w pewnym momencie co drugie wyszukiwanie w Polsce dotyczyło Studia YaYo.
Właśnie - jako że TVP nie wrzuca odcinków na YouTube, nie do końca wiadomo, ile osób ogląda panów program. Panowie wiedzą?
P.D.: Też nie znamy dokładnych danych. Wiemy natomiast, że popularność Studia YaYo jest ogromna. A to już nie lada osiągnięcie - w końcu wystartowaliśmy w telewizji regionalnej, która z założenia jest niszowa i ogląda ją garstka osób. Zadziałał efekt szoku: z jednej strony ostra, cięta satyra polityczna, a z drugiej - zupełnie inna, niespodziewana estetyka. Połączenie tych dwóch czynników okazało się skuteczne, rozpętała się burza.
To połączenie budzi uczucie, które należałoby nazwać skonfundowaniem.
R.M.: O to nam chodziło - o mylenie tropów.
To zapytam pokrętnie: panowie żartują, czy też żartują panowie, że żartują?
R.M.: Odpowiem w ten sposób: uprawiamy kabaret od wielu, wielu lat. Gdybyśmy nie wiedzieli, co robimy, to naprawdę źle by to o nas świadczyło. Ale jeśli niektórzy chcą nas uważać za idiotów, to czemu mielibyśmy ich wyprowadzać z błędu? (śmiech)
P.D.: Z drugiej strony nasze działanie jest zupełnie intuicyjne. Formułujemy taki, a nie inny przekaz i czekamy na odbiór.
R.M.: Zresztą nowatorska sztuka od zawsze budziła konsternację!
Zgoda, jeśli jednak przypomnimy sobie inne polskie programy, w których celowo pogrywano stylistyką nieśmiesznego żartu, na przykład „Komiczny Odcinek Cykliczny”, to stwierdzimy, że w tamtych przypadkach reguły gry były dla odbiorcy dość jasne. Czuliśmy konwencję.
P.D.: O to właśnie chodzi. To, że widzowie nie są w stanie odpowiedzieć sobie w naszym wypadku na pytanie, czy robimy to celowo i czy działa to na naszą korzyść, czy odwrotnie, to dowód na to, że Studio YaYo jest dobrze zrobione.
R.M.: Przyznam, że mam poczucie sukcesu. Dziesięciominutowy program wyświetlany w niszowej stacji, podczas Euro 2016, który zdobył tak wielką popularność? To duża rzecz. Oczywiście pojawiają się różne skrajne głosy, które chcąc nie chcąc biorą udział w promowaniu programu. Na przykład moi koledzy z kabaretu OT.TO, wydając oświadczenie, że nie mają ze Studiem YaYo nic wspólnego, też nas wspomogli. (śmiech) Żyjemy jednak w świecie szybkich mediów i szybkiej informacji. Najważniejsze, że fama się niesie.
P.D.: Dziś, aby się przebić, należy wywołać szok. Zawsze jest to obarczone jakimś ryzykiem.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo A propos różnych głosów i opinii: widzieli panowie film Szymona Majewskiego na temat Studia YaYo?
R.M.: Oczywiście. Muszę przyznać, że panu Szymonowi całkiem dobrze to wyszło. Z jednym zastrzeżeniem: wybrał sobie tylko niektóre elementy, czyste „yaycowanie”. Pominął zupełnie cięższe tematy, takie jak choćby KOD.
P.D.: Cóż, każdy z krytyków dobiera sobie te elementy, które wydają mu się wygodne, i to na nich się skupia.
Porozmawiajmy w takim razie o genezie programu. Panów drogi zawodowe i życiowe przecinają się już od dawna.
P.D.: Cały czas wchodzimy wraz z Ryszardem w skład kabaretu Pod Egidą. Prawdę mówiąc, moim żywiołem są występy z publicznością, monologi satyryczne i parodie, które zupełnie zniknęły z telewizji. Mam poczucie, że jest coraz mniej możliwości, aby się realizować.
R.M.: Ja w telewizji okresu rządów PO byłem zresztą zakazany.
P.D.: Studio YaYo to wynik spotkania naszych dwóch, bardzo odmiennych osobowości. Różnimy się z Ryszardem usposobieniem, światopoglądem i nie tylko.
R.M.: Paweł na przykład nie pozwala mi „yaycować”. Niech pan zrozumie, ja mam poważne problemy zawodowe!
P.D.: Zobaczymy, co będzie dalej z Ryśkiem: widzę go na przykład w stroju baleriny, albo w peniuarach...
R.M.: W każdym razie: mieliśmy w ostatnich latach niewiele możliwości, aby realizować się telewizyjnie. Zaproponowałem dyrektorowi TVP 3 realizację takiego właśnie programu: z monologami, parodiami, piosenkami i poszło... Chciałem w każdym razie, żeby w nazwie było „jajo”.
I tu się przyczepię. W programie „Wolne głosy” mówił pan swego czasu o irytującej tendencji do emitowania programów o anglojęzycznych nazwach - na przykład „Voice of Poland”. I tutaj zgoda, w takim razie jednak: dlaczego „yayo”? Żeby było większe... jajo?
R.M.: Jakoś mnie tak olśniło, że powinno być przez „y”. Poza tym nie znam takiego angielskiego słowa jak „Yayo”. To jest nasz autentyczny wkład w kulturę światową.
P.D.: Mnie się te dwa „y” skojarzyły z dwoma kieliszkami, nawet chcieliśmy przez chwilę, żeby graficy zaprojektowali to w ten sposób. Ale jakoś to nie przeszło.
R.M.: Może i dobrze, bo gdybyśmy dodali jeszcze do tego alkohol... Abstynenci by się do nas przyczepili. W każdym razie: przez „y” wydawało się to mniej ordynarne.
Skoro już jesteśmy przy stronie wizualnej: ta scenografia to, przepraszam panów, kompletny paździerz.
P.D.: Tak właśnie miało być. Pod względem estetyki nawiązujemy do wczesnych lat 90.
R.M.: Nie ukrywajmy też, że program jest dość niskobudżetowy.
Zastanawiałem się właśnie, na ile to kwestia budżetowa, a na ile wybór estetyczny.
P.D.: Jedno wynika tu z drugiego!
R.M.: Ja mam w ogóle wrażenie, że tego rozmaicie rozumianego paździerza powinno być więcej. Za rzadko się mylimy, a gdy się już pomylimy, to poprawiamy i tak dalej. Całość powinna być bardziej naturalna. Problem polega też na tym, że czytamy z telepromptera, więc mamy czasem trochę martwy, rybi wzrok.
Wracając do scenografii: na początku pojawił się pomysł, abyśmy siedzieli przy stolikach. Nie chciałem się na to zgodzić, bo mam za duży brzuch, źle by to wyglądało. Znaleźliśmy takie dwie „mównice” i postanowiliśmy je wykorzystać. Nie było tu jakichś wielkich narad.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo Tego ducha improwizacji jest w Studiu YaYo całkiem sporo. Weźmy choćby plansze oddzielające poszczególne segmenty programu. Widać, że użyto kroju pisma, w którym nie ma polskich znaków i trzeba było „doklejać” litery.
R.M.: Też na to ostatnio zwróciłem uwagę! Nie jesteśmy jednak purystami, te małe niedociągnięcia tu pasują.
P.D.: Podkreślają całą konwencję.
A może panowie się teraz asekurują? Zrobili panowie zły program, spadła na was fala krytyki, a teraz mówią panowie: to tak miało być.
R.M.: A co mamy mówić? (śmiech)
P.D.: Tak zupełnie poważnie: jeżeli ktoś myślał, że uważamy żarty takie, jak ten o kawie i ciasteczkach, za naprawdę dobre dowcipy, to coś tu jest chyba nie tak. W każdym razie: nie zwalniamy tempa, rozwijamy się. Wydaje mi się, że z odcinka na odcinek jesteśmy...
R.M.: Jesteśmy coraz gorsi!
P.D.: Coraz gorsi, czyli coraz lepsi. Kto wie, co wydarzy się dalej? Może Rysiek poślizgnie się na skórce od banana?
R.M.: Program nazywa się „Studio YaYo”, rozpoczyna go piosenka ze słowami „Studio YaYo, co oni tam nadają, aż ręce opadają...” i tak dalej. Takie credo ostrzega i naprowadza na to, czego można się spodziewać po tym programie. Jeśli chodzi natomiast o pisanie piosenek, zajmuję się tym już od dawna i nie przechwalając się ponad konieczność, wiem, że mam rękę do chwytliwych melodii. Czasem nawet żal mi tej muzyki, bo większość publicystycznych piosenek ma bardzo krótki termin przydatności. Przymierzam się aktualnie do nagrania płyty z utworami, które nie są obarczone ładunkiem ideologicznym.
P.D.: Maaaało prawdopodobne, proszę zapisać: maaaało prawdopodobne.
Słyszałem wielu przeciwników rządów PiS, którzy twierdzili, że jedyną „dobrą zmianą” będzie ograniczenie emisji polskich kabaretów. Niektórzy dodają teraz: ale w zamian dostajemy Studio YaYo.
R.M.: W wypadku polskich kabaretów emitowanych w telewizji w ostatnich latach mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju zamkniętym obiegiem finansowym i towarzyskim, dlatego w kółko występowali ci sami ludzie.
P.D.: Ja się od tego o „zamkniętym obiegu” odcinam.
R.M.: Potrzebna była alternatywa. Skoro w piątek, sobotę i niedzielę puszcza się kabaret ludyczny, to dlaczego nie puścić by w poniedziałek czegoś innego?
P.D.: Z tym się zgadzam. Te względnie młode kabarety miały i mają swoją publiczność - i w porządku, niech tak będzie. Trzeba jednak zaproponować ludziom też coś o innym charakterze.
Pana też dotknął ostracyzm, o którym mówił pan Ryszard?
P.D.: Wielokrotnie słyszałem: Paweł, występujesz w kabarecie Pietrzaka i masz łatkę PiS-owca. Myślałem wtedy: na Boga, ja w życiu nie deklarowałem, że jestem zwolennikiem PiS-u. W ogóle nie uważam, żeby satyra czy kabaret były okazją do manifestowania poglądów. Po obu stronach sceny politycznej mamy festiwal zjawisk, z których można się śmiać. I róbmy to.
Mam ochotę zapytać: skoro tak pan uważał, to co w takim razie się zmieniło? Ten pluralizm nie jest w Studio YaYo wyczuwalny.
R.M.: To może ja odpowiem. Muszę przyznać, że swego czasu byłem naprawdę wielkim zwolennikiem koalicji Platformy oraz Prawa i Sprawiedliwości, czyli „POPiS-u”. Miałem okazję pełnić przez jakiś czas funkcję dyrektora Domu Kultury Praga. Gdy władzę w mieście przejęła pani Gronkiewicz-Waltz, zostałem zwolniony. Wtedy Platforma niejako wypowiedziała mi wojnę. A jak wojna, to wojna.
Poszło o piosenkę „Platforma cię kocha?”.
R.M.: W dużej mierze tak, choć wtedy dotknęły mnie po prostu ogólne czystki. No i przez kolejne lata trochę się z Platformy nabijałem. Chciałem nawet wystąpić z piosenką „Platforma cię kocha” na festiwalu w Opolu, ale w 2008 roku, nawet w PiS-owskiej telewizji, to nie było możliwe. PO było wówczas w takim natarciu ideologicznym, że wszyscy podchodzili do tego typu gestów z dużą ostrożnością.
Zapytałem swojego kolegę z KRRiT, dlaczego tak jest: w końcu mam w swoim repertuarze różne piosenki, również niezwiązane z polityką. Kolega skontaktował się z panią, która podejmowała w telewizji decyzje dotyczące tego, kto może zostać dopuszczony do występu. Pani spotkała się ze mną i stwierdziła: „Ja nie mogę cię puścić, bo ty śpiewasz PiS-owskie piosenki”. Zapytałem: „Jakie?”. Odpowiedziała: „Platforma cię kocha”. Po chwili dotarło do niej, co powiedziała i dodała: „W tych czasach to jest PiS-owska piosenka”. Proszę mi wierzyć: jestem przeciwnikiem jakiegokolwiek „niedopuszczania”. Gdy byłem dyrektorem DK Praga, występowali u mnie różni artyści.
A ja mam panom za złe, że kończy się tylko na deklaracjach. Bo tej otwartości na naśmiewanie się z jednych i z drugich wcale się w Studio YaYo nie czuje, przeciwnie. Dlaczego nie chcecie być panowie błaznami?
P.D.: Co dokładnie ma pan na myśli?
Mam na myśli taką sytuację, w której satyryk naśmiewa się z władzy po to, aby uświadomić jej ewentualne braki i uchronić przed popadaniem w samozachwyt. Wobec obecnego rządu są jednak panowie szalenie delikatni.
P.D.: Częściowo się z panem zgadzam, zresztą jest to częsty temat naszych dyskusji. Było jednak u nas parę żartów z premier Szydło, z ministra rolnictwa czy ministra Macierewicza, na przykład ten o korwecie „Gawron”, która jest zupełnie niewidzialna dla radarów, ale i dla dziennikarzy czy załogi. Taki pluralizm jest potrzebny. Z drugiej strony, osobowość Ryśka jest tak silna, że trudno mi niektóre żarty przeforsować - ale to długo nie potrwa, obiecuję! (śmiech)
R.M.: Może to zbyt daleko idące porównanie, ale PO była dla mnie ekipą, która chce ukraść auto, PiS natomiast chce je naprawić. Co prawda są w jego szeregach politycy, za którymi nie przepadam, ale moim zdaniem reformy wprowadzane przez obecną partię rządzącą i władze są czymś korzystnym. Jeżeli znajdzie się coś zabawnego związanego z PiS-em, to chętnie się z nich pośmieję.
Naprawdę jeszcze nic takiego się nie znalazło?
R.M.: Aż tak dobrze nie szukałem. Ale jest Paweł, może poszukać.
P.D.: Obiecuję! Siedzi we mnie jednak głęboko fakt, że PO zawiodło całe społeczeństwo. Zresztą to, co robią obecnie: posługiwanie się „zużytymi” twarzami, spory wewnętrzne, to przecież strzały w stopę, trzeba się z tego śmiać. Co do PiS-owskich reform: ich pomysły są bardzo chwytliwe i obiecujące, ale trudno mi sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać ich realizacja za rok czy dwa lata.
R.M.: Osobiście trudno jest mi się śmiać z programu 500+, który wielu rodzinom najzwyczajniej w świecie pomógł. Zresztą tych, którzy lubią śmiać się z PiS, jest naprawdę sporo.
Zupełnie rozumiem rozczarowanie Platformą oraz potrzebę nabijania się z niej. Niezależnie od deklaracji: przy takich „proporcjach” żartów dotyczących jednych i drugich i tak śmieją się panowie z PO pod sztandarem PiS-u.
R.M.: Ale mnie to wcale nie przeszkadza!
P.D.: A mnie tak! (śmiech) Proszę mi wierzyć, to nie są żarty, my się naprawdę bardzo często kłócimy i nie zgadzamy.
R.M.: Ja już i tak dostałem łatkę PiS-owca, więc czemu mam na siłę się od tego odżegnywać?
A to nie jest jednak trochę odmrażanie sobie uszu na złość mamie? W końcu społeczeństwo jest już wystarczająco „pęknięte”, a przekaz, jaki płynie ze Studia YaYo, jeszcze tę przepaść pogłębia, antagonizując odbiorców.
R.M.: Ale to pęknięcie jest robione specjalnie. Między innymi pana gazeta też ma w tym procederze pewne zasługi.
Cóż, mógłbym i chciałbym tutaj polemizować, ale po prostu uszanuję pana punkt widzenia. To inaczej: nie boją się panowie utraty wiarygodności jako satyrycy?
R.M.: A istnieje w ogóle coś takiego jak „satyryczna wiarygodność”?
Moim zdaniem tak: odbiorcy odróżniają satyryków od trybunów danych partii.
P.D.: Rzecz polega chyba na tym, że partia rządząca robi obecnie wszystko, czego można było się po niej spodziewać. Jeżeli ktoś jest zdziwiony, że ministrem sprawiedliwości został Zbigniew Ziobro, a szefem resortu obrony jest Antoni Macierewicz, to znaczy, że kompletnie nie zna się na polityce. Działania PiS-u wydają się przewidywalne. No bo cóż nowego oni robią? Czy Jarosław Kaczyński zmienił swoje poglądy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat? Nie. Dziś opozycja udaje zaskoczoną, ale gdy trzeba było przekonywać wyborców, leniuchowała.
R.M.: Nie ukrywam, że prezydent Andrzej Duda również bardzo mi odpowiada. Pomijając poglądy polityczne - podoba mi się jego wizerunek, zachowanie w sytuacjach publicznych.
P.D.: Ale do kwestii merytorycznych można by się przyczepić.
R.M.: Jakich?
P.D.: Na przykład to, jak łatwo i bezkolizyjnie przeszedł w swojej retoryce od Polski w ruinie do Polski sukcesu...
Kadr z programu Kadr z programu "Studio YaYo" To dlaczego nie wpuścić by nieco z tych zastrzeżeń na antenę? Czy nie jest tak, że satyra musi być antyestablishmentowa?
R.M.: Ja tak wcale nie uważam.
Czyli lepiej być dworskim poetą, a nie błaznem?
R.M.: Jeśli pan woli, żeby satyryk był błaznem, to ma pan do tego prawo. Ja nie jestem niczyją własnością. Zresztą to też nie do końca tak: swego czasu pisałem piosenki, w których śmiałem się i z PiS-u, i z Platformy (choć przyznam, że te o PO były lepsze). Później poszedłem na wojnę z PO. I to w czasach, kiedy PiS nie miał racjonalnych szans na wygraną. Obecnie, być może z rozpędu, jestem jeszcze na etapie rewolucyjnym.
P.D.: I proszę teraz zrozumieć moją sytuację: ja występuję z żołnierzem (śmiech).
R.M.: No dobrze, to zostawmy Platformę. Natomiast KOD wydaje mi się czymś bardzo nieuczciwym, bo zawłaszcza pojęcia i symbole, które były dla mnie kiedyś ważne. Dobrze pamiętam Komitet Obrony Robotników i jego wpływ na zmianę mojej świadomości, wtedy studenta. Dlatego taka przebieranka jako rzekoma obrona demokracji, która ma się u nas lepiej niż kiedykolwiek, wywołuje mój intensywny sprzeciw.
P.D.: Przecież PiS też zawłaszcza sobie różne pojęcia, np. patriotyzm.
R.M.: Ale krytyka KOD-u nie może chyba dziwić. To nie jest jakaś tam spontaniczna inicjatywa powstała na Facebooku, tylko przedsięwzięcie dokładnie zaplanowane przez tęgie głowy, aby zdestabilizować sytuację w kraju. Na razie to się na szczęście nie udało.
A co z posądzeniami o antysemityzm? W drugim odcinku wykonał pan piosenkę dotyczącą banksterskiej nieuczciwości, w której pojawiły się sformułowania takie jak „cymes geszeft” i „lichwa”, a także nazwisko „Rothschilda”. W trzecim odcinku przeprosił pan urażonych - szczerze?
R.M.: Jak najbardziej. To miała być niewinna piosenka, jednak rzeczywiście, jeśli potraktujemy te słowa poważnie i wyrwiemy je z kontekstu, mogą brzmieć niestosownie. Nie zastanawiałem się nad tym - „cymes geszeft” odkąd pamiętam należy do moich ulubionych powiedzonek. Jak mi się coś uda, zawsze mówię „cymes geszeft”. Nie należy interpretować tego utworu zbyt dosłownie. Jest wymierzony przeciwko banksterom, a nie społeczności żydowskiej. Uważam po prostu, że jeżeli ktoś bierze kredyt na pięćset tysięcy i płaci po trzydziestu latach osiemset tysięcy, to można tę operację rzeczywiście nazwać kredytem. Jeżeli natomiast ma do spłacenia milion dwieście tysięcy - to można to potocznie nazwać lichwą. W każdym razie nie chciałem nikogo urazić.
Problem polega jednak na tym, że język nie jest przezroczysty. Jeżeli zestawimy takie określenia jak „lichwa”, „cymes geszeft” z nazwiskiem Rothschild, to nie pachnie to najlepiej.
R.M.: Nie popadałbym w przesadę. Do antysemityzmu jest mi bardzo, bardzo daleko. Nazwiska Rothschild użyłem metaforycznie, nie chodziło mi o konkretną osobę. Może to wyszło trochę niezręcznie. Jedyną grupą, którą chciałem urazić, byli banksterzy.
Nie był to jedyny niefortunny żart. Przypomnę wzmiankę na temat tarczy, którą krewny Obamy osłaniał się przed strzałami obcego plemienia. Siłą rzeczy reprodukujemy tu stereotyp czarnoskórego dzikusa, kogoś na niższym poziomie rozwoju.
P.D.: Ale jeżeli weźmiemy pod lupę działalność zagranicznych satyryków, np. Francuzów i Amerykanów, to stwierdzimy niechybnie, że jest ona dużo bardziej ostra i zjadliwa. Poprawność polityczną uważam za przegięcie. Moim zadaniem jest podrażnić, wbić szpileczkę. Satyryk jest jak windsurfer: czeka na okazję i jeżeli fala już się pojawi, rzuca się na nią.
Ale między histeryczną polityczną poprawnością a działaniem na szkodę tzw. „wykluczonych” czy dyskryminowanych jest chyba jednak różnica. No i pamiętajmy o kontekście: brytyjscy satyrycy są bardzo obrazoburczy, ale mówią do społeczeństwa, które jest na nieco innym etapie, jeśli chodzi o stosunek do obcości - niezależnie od ostatnich problemów.
P.D.: Ale czy kpiarz i szyderca ma być strażnikiem poprawności politycznej i ostrożności? Jakikolwiek kaganiec szkodzi wolności słowa.
R.M.: Zresztą braci Kaczyńskich też nazywano „kartoflami”.
Owszem, i nie uważam tego za zbyt zabawne czy eleganckie. Rzecz jednak w tym, że osoby niskie nie są w Polsce dyskryminowane.
R.M.: Myślę, że popadamy w pewną przesadę. Weźmy na przykład słowo „Murzyn”. Jest obecnie uznawane za niestosowne, a bardzo je lubię - oczywiście jeżeli nie jest używane w negatywnym kontekście.
Paweł Dłużewski i Ryszard Makowski (fot. archiwum prywatne) Paweł Dłużewski i Ryszard Makowski (fot. archiwum prywatne) P.D.: Wracając do Obamy - przy pisaniu tego materiału wspierałem się informacjami dotyczącymi jego rodziny. Wiem, że pielęgnuje on swoje korzenie i że wśród przodków ma osoby, które żyły właśnie w taki sposób jak wspomniany. Takie były więc fakty. Ale skoro jesteśmy już przy kwestii przekraczania granic: spieraliśmy się z Ryśkiem na temat pewnego żartu, który miał się pojawić podczas konferencji prasowej zaaranżowanej przez nas w trzecim odcinku. Miałem powiedzieć do jednej ze statystek: „Teraz pani w czerwonym!”.
Chodziło o nawiązanie do „małpy w czerwonym”, czyli wpadki Lecha Kaczyńskiego?
P.D.: Dokładnie tak. Rysiek zaoponował i żarcik nie przeszedł. Tłumaczyłem, że to tylko taki smaczek, że nie ma nic wspólnego z katastrofą smoleńską czy pamięcią po zmarłym prezydencie, ale było to na nic.
R.M.: Po pierwsze: ten żart niczego nie wnosił. Po drugie: zahaczanie w jakikolwiek sposób Lecha Kaczyńskiego, który zmarł w taki, a nie inny sposób, jest niepotrzebne.
P.D.: A pan co o tym sądzi?
Zgadzam się z tym, że żart niewiele wnosił, ale też nie uważam, że doszłoby tu do jakiegoś przekroczenia.
P.D.: No właśnie!
R.M.: I widzi pan: dlatego to jest taka trudna robota (śmiech).
Nie boją się panowie, że koniec końców będą brani nie za satyryków, a za agitatorów?
P.D.: Ja się boję panicznie, drżę!
R.M.: A ja się nie boję!
P.D.: Rzeczywiście jest cienka granica między żartami a podlizywaniem się władzy. Tym bardziej jeżeli program kończy piosenka o tym, że mamy nowy rząd. Musiałby pan widzieć nasze kłótnie.
R.M.: Też nie jestem za lizusostwem, ale jest różnica między podlizywaniem się rządzącym a akceptacją.
No tak, ale akceptacja jest letnia lub chłodna. Tutaj mamy jednak do czynienia z dość ciepłymi uczuciami.
R.M.: Każdy ma prawo do oceny. Może pan to traktować jako serwilizm. Ja się z tym nie zgodzę i tyle.
Paweł Dłużewski (ur. 1953). Artysta kabaretowy, przedsiębiorca i działacz społeczny. Debiutował w kabarecie studenckim Pod Psem działającym przy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Od 1988 r. członek kabaretu Pod Egidą. Występował w wielu programach telewizyjnych, m.in. na antenie TVP 2 oraz HBO. Jego specjalnością są parodie znanych postaci życia politycznego. Jest również autorem tekstów dla innych artystów estrady, m.in. Cezarego Pazury.
Ryszard Makowski (ur. 1955). Satyryk. W latach 1989-2001 członek kabaretu OT.TO, znany z gościnnych występów z kabaretem Pod Egidą. Jest absolwentem Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej. Tworzy teksty i muzykę. 7 stycznia 2001 rozpoczął własną działalność artystyczną. W latach 2003-2008 był dyrektorem Domu Kultury Praga w Warszawie. W listopadzie 2009 ukazała się jego pierwsza powieść, romans na wesoło - „Miłość czy Sport” (Grasshoper). Druga część powieści „Miłość czy pieniądze” ukazała się w kwietniu 2010 roku. Od grudnia 2012 jest współpracownikiem czasopisma „W Sieci”.
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage „niedzielepolskie”.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


Oddział Zamknięty - Greatest Hits (full album) - YouTube IPNtv - Tajemnice bezpieki: Ministerstwo Spraw Zagranicznych PRL Boniek: Kluby idą w zagranicznych piłkarzy, pytanie po co? 2 plus 1 - Easy Come,Easy Go - YouTube Księżna Kate i księżna Meghan są w ciąży?! Sensacyjne doniesienia magazynu! paanie, idź pan w chuj STARE POLSKIE DOBRE PIOSENKI!!! 2 😱 MUSISZ TO MIEĆ W AUCIE ...

Zagraniczni turyści uwięzieni w Chile - Wiadomości

  1. Oddział Zamknięty - Greatest Hits (full album) - YouTube
  2. IPNtv - Tajemnice bezpieki: Ministerstwo Spraw Zagranicznych PRL
  3. Boniek: Kluby idą w zagranicznych piłkarzy, pytanie po co?
  4. 2 plus 1 - Easy Come,Easy Go - YouTube
  5. Księżna Kate i księżna Meghan są w ciąży?! Sensacyjne doniesienia magazynu!
  6. paanie, idź pan w chuj
  7. STARE POLSKIE DOBRE PIOSENKI!!! 2 😱 MUSISZ TO MIEĆ W AUCIE ...

Brake Checks and cut off vs Semi Truck Driver. Teachers on the road - Duration: 13:12. King of Road Recommended for you Na TT 'Zibi' napisał z kolei: 'Nasze kluby idą w zagranicznych piłkarzy, pytanie po co? Na pewno nie pomogą wejść do rozgrywek europejskich, nie ta klasa, nie ten poziom'. Spotkanie z cyklu „Tajemnice bezpieki” – Warszawa, 16 grudnia 2019 Przystanek Historia Centrum Edukacyjne IPN im. Janusza Kurtyki zaprasza na dyskusję „Ministerstwo Spraw Zagranicznych ... Tak twierdzi jeden z zagranicznych magazynów. Ponoć panie mają urodzić w mniej więcej podobnym terminie. 'Mogą rodzić nawet w ten sam dzień' - opowiada 1. Party – 0:00 2. Zabijać siebie – 4:59 3. Obudź się – 8:35 4. Andzia i ja – 13:44 5. Twój każdy krok – 16:23 6. Ich marzenia – 21:30 7. Na to nie ma ceny –... ⭐⭐⭐OBSERWUJ MNIE TUTAJ⭐⭐⭐ 👻 SNAPCHAT ️ Adrianor_7 📷 INSTAGRAM ️ https://www.instagram.com/djadimusic/ 👤 FANPAGE ️ https://www.facebook.com ... Enjoy the videos and music you love, upload original content, and share it all with friends, family, and the world on YouTube.